• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow W sypialni żurawi
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

W sypialni żurawi Email
Autor: Tomasz Kłosowski   
Tomasz Kłosowski
© Paweł Wietecha
© Paweł Wietecha
Żurawie od niepamiętnych czasów są źródłem naszej nieustającej fascynacji. Nigdy żadne ptaki nie dostarczyły nam tylu emocji, ale zarazem nie wystawiły na tak ciężkie próby, jak one. Słowem - dały nam to wszystko, co fotograf-przyrodnik powinien dostać od przyrody (czytaj: najlepiej tęgie baty w klimacie wielkich wzruszeń). Wszystkie te przeżycia osiągają kulminację w okresie jesiennych przelotów żurawi. To jedno z najpotężniejszych i najbardziej widowiskowych zjawisk w naszej przyrodzie. Dla nas - duży sprawdzian zarówno w sferze wrażliwości na romantyzm natury, jak organizacji i techniki.

Przez większą część lata i jesieni żurawie dni spędzają stadnie na polach, a na noc zlatują się na jakieś zaciszne mokradło. Stoimy właśnie na skraju jednego z takich podmokłych zaciszy. To stare, zagubione w lasach wyrobisko torfowe. Wiechy wysokich, żółknących już traw i turzyc kryją lustra płytkiej wody, srebrne od osuwającego się już nad horyzont słońca. Bardzo tu nastrojowo i dziko. Ale położenie słońca, jak i obecność rozsypanych wszędzie piór i fruwającego pierza przywracają nam przytomność i przypominają, że trzeba się śpieszyć. Lada chwila mogą nadlecieć żurawiowe czujki, które oblatują teren i wracają do zgromadzonych na polu stad, a ich członkowie na podstawie zachowania tych przybysza wnioskują, czy teren noclegowiska jest bezpieczny.
© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Zależy nam, by miały takie poczucie, gdy już ustawimy tu nasze dwa namioty. Tylko gdzie? Odpowiedź na pytanie "gdzie?" zależy od tego, kiedy... Czyli - kiedy fotografować? Zaraz, czyli w blasku zachodzącego słońca - o ile ptaki już przed zachodem przylecą, a zwykle czynią to dopiero o zmierzchu, albo i po? Tak czy inaczej ich sylwetki będą wtedy podświetlone, a może - jeżeli ptaki zdążą przybyć przed zachodem - obrysowane ognistym światłem. Chciałoby się mieć je takimi na zdjęciach. Tylko - co potem? Gdy ptaki - a może ich tu nadciągnąć nawet ze dwa tysiące - rozsiądą się na mokradle i zaczną zwolna zasypiać w gęstniejącym mroku, trudno będzie wykraść się z namiotów w dookolnym błocku i wymknąć niepostrzeżenie, by spędzić noc w cieple kwatery i wrócić tu dopiero o świcie. Wypłoszenie stada byłoby katastrofą i przekreśliło szanse na zdjęcia w następnych dniach, a może i w ogóle. A może pozostać tu na noc i od świtu zacząć fotografowanie. Kusząca myśl, ale narastający chłód coraz to bardziej pogodnego przedwieczorza studzi te zapały. Decyzja: rozstawiamy szybko namioty i zaczajamy się do nich przed świtem, gdy mieszkańcy ptasiego hotelu mocno śpią. Zwłaszcza, że dojścia do brzegu mokradła są tylko od wschodniej strony, a nam zależy najbardziej właśnie na zdjęciach ze światłem, ukazujące urodę popielatych pierzastych płaszczy naszych skrzydlatych foto-modeli. Właśnie fotografując od tej strony mamy szansę uzyskać pożądany efekt.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Za chwilę, przytulona do karłowatej sosenki i swym kolorem taką udająca, stoi już pierwsza buda. Blisko wody, więc do niej wkradnie się Grzesiek, bo jest lżejszy i sprawniejszy w ruchach, a do budy od grobli, którą nadchodzimy, jest z 50 metrów po mokrym mchu. Teren otwarty, może będzie się trzeba kawałeczek podczołgać z rynsztunkiem. Statyw, Canon EOS 20 D, obiektyw 500 mm - te drobiazgi muszą dotrzeć tu suche, fotograf takim być ostatecznie nie musi. Namiot ma wiele otworów i stoi nisko, więc Grzesiek będzie chwytał sceny w powietrzu i grupy ptasie widoczne nieomal z żabiej perspektywy. Moja, bardziej słoniowata postać będzie wyekspediowana na wrzynający się w mokradło, podłużny pagórek, gdzie z wbudowanego w ścianę lasu ukrycia obiektywem 300mm (ewentualnie plus 1,4x) mam za zadanie uchwycić kadr gęsto „wybrukowany” żurawimi głowami. Przy tworzeniu fotoreportażu bardzo ważne jest zróżnicowanie planów i kątów widzenia, zdobycie i ogólnych widoków, i detali, a nie ukazywanie różnych wersji tak samo widzianego tłumu ptaków. Po ustawieniu namiotu na pagórku całą, wiodącą przez chrustowy sośniak ścieżkę, po której moja szanowna niezgrabność ma się nocą przedostać od drogi, mozolnie oczyszczamy z patyków i odrastających od pni suchych gałązek. Benedyktyńska, ale absolutnie konieczna robota, podczas której pilnie nasłuchujemy, czy nie zbliża się już klangor nadciągających stad. Ale następuje to tym razem dopiero o zmierzchu, gdy oszałamiający, metaliczny i kraczący zgiełk setek pierzastych trębaczy wypełnia na długo powietrze. Cóż z tego, skoro nie ma już ani odrobiny światła. Dobrze więc, że nie utknęliśmy w namiotach...

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Głęboką nocą rozstajemy się na śródbagiennej grobelce, podążając do swoich ukryć. Księżyc w okolicy pełni świeci jak latarnia, co może nam równie dobrze pomóc, jak i zaszkodzić. Pokonuję moją ścieżkę po omacku, jak ślepiec, bo o zapaleniu latarki nie ma mowy, każdy trzask nadepniętego patyczka - bo jakieś jednak zostały na drodze - przyprawia mnie o dreszcze. Pod koniec trasy trzeba przebyć głęboki, rozcinający pagórek rów melioracyjny, zsuwając się po jego jednym zboczu w błotnistą kałużę na dnie, a po drugim z niej wyleźć. To powoduje największy hałas. Z niedalekiego już bagna poczynają dobiegać krótkie, senne kruknięcia, jakby wydające je istoty pochrapywały przez sen. Ale to dowód czuwania! Teraz już na czworakach, ciągnąc za sobą statyw, trzeba dotrzeć do celu i zanurkować w wilgotne wnętrze namiotu. Uff!

Po paru chwilach seria matowych kruczeń dobiega z prawej strony. Znak, że do swej czatowni dociera mój towarzysz łowów. Niepokojący chórek rozprzestrzenia się w stadzie i narasta, więc nie wiem czy aby mój brat dotarł niezauważony. Uderza mnie niepokój: podniesie w górę ptaki, czy może jednak nie. Bo jeżeli tak - całe te podchody na nic.

© Paweł Wietecha
© Paweł Wietecha
Dopiero po dłuższej chwili alarm jednak cichnie, ale już nie do końca. Ptaki zwolna zaczynają się budzić.. Tymczasem nadchodzą długie kwadranse oczekiwania na brzask, podczas których na przemian straż trzymają trzy typowe dla takich czatów dolegliwości: zimno, senność i głód. Z pierwszym światłem wbijam wzrok w wizjer, bardziej z nudów niż z wiary, że coś zobaczę. Będzie to możliwe dopiero za dobrych kilkanaście minut. W środku kadru zaczyna majaczyć nieforemna ptasia grupa. Mija kolejne pół godziny, nim mogę się w niej dopatrzeć rodziny, powiększonej o dodatkowe młode osobniki. Po następnych kilkudziesięciu minutach decyduję się na pierwszy „strzał”. Czas naświetlania osiągnął wstrząsającą wartość kilku sekund przy pełnym otworze i czułości slajdu 100 ASA. Czas fotografować „duchy żurawi”, czyli rejestrować zamazane, jakby przez wiatr rozwiane sylwetki. Takie zdjęcia mogą mieć swój urok. Na światło, wystarczające do uwiecznienia ostrego wizerunku rodzinnej grupy szaropiórych ptaków, trzeba jeszcze poczekać.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Ale oto nagle rozlega się wrzawa i ciężki łoskot skrzydeł. Odlatują? Tak, ale nie żurawie, tylko gęsi, sypiające tu wśród nich, a mające pobudkę dużo wcześniej, niż one. Żurawie tymczasem marudzą. Na to właśnie liczymy, bo dotychczas ich stada podrywały się ze znanych nam noclegowisk przed wschodem, zanim pojawiło się wystarczające do fotografowania światło. Może dziś trochę poczekają? Tego typu nadzieje i ciągła niepewność czynią z fotografowania ptaków coś w rodzaju hazardu.

Widać już wszędzie porozrzucane gęsto stadka, narasta wrzawa. Rodzina sprzed obiektywu wtopiła się w resztę społeczności. Ale ja teraz szukam równo uszeregowanej, uporządkowanej grupy, która pozwoliłaby uzyskać upragnione, fakturalne zdjęcie. Wciąż nadaremnie.

© Paweł Wietecha
© Paweł Wietecha
Tymczasem w głębi mokradła pojawia się pierwsza słoneczna plama, która czyni z kilkunastu najbardziej odległych ptaków różowe laleczki. Z każdą chwilą światło ogarnia coraz większy obszar. Robi się bardzo romantycznie, ale jeszcze bardziej... chaotycznie. Mijają kwadranse prawdziwego cudu natury, tym większego, że ptaki doczekały do pełni światła, a teraz podrywają się grupkami, by znów malowniczo lądować, przeganiają wzajemnie, zażywają porannej kąpieli, a powietrze wypełnia chór metalicznych okrzyków. Ale ja - największy chyba w tej chwili malkontent świata - prawie nieczuły na całe to piękno bezradnie wodzę obiektywem, nie mogąc wyłowić kształtnie uformowanych grup, rytmicznie ustawionych postaci. Tu jedna zasłania inne, tam grupa niby jest ładna, ale powplątywana w suche brzózki, sterczące niby druty z aluminium. W takich chwilach myślę, że fotografowanie przyrody jest poszukiwaniem skarbów.. Tutaj skarbem ma być symetrycznie ukształtowana grupka lub ptasi tłumek. Skarbem, jakiego tego poranka już nie znajdę, choć mnie oczy i ramiona bolą od ciągłego, bezradnego celowania i ostrzenia. Koło ósmej ostatni maruderzy odlatują na odległe, wśród pól rozrzucone żerowiska.

Na kwaterze skupiamy się przy ekranie laptopa, by oceniać cyfrowe trofea Grześka. Co parę minut jeden potrąca drugiego: nie śpij, tylko zobacz - ostre, nieostre?

Przeważnie nieostre. Trudno. Jutro skoro świt powtórka!
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif