• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Myszołowy Email
Autor: Tomasz Kłosowski   
Tomasz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Nie zrobimy dobrego zdjęcia ptaka tak długo, póki nie da on nam solidnie w kość. Takie prawo formułujemy po wielu latach fotografowania tych skrzydlatych istot. Zaś dobrą - i zarazem dolegliwą - ilustracją tego prawa był dla nas pospolity myszołów.

W czasach, kiedy fotografowanie ptaków przy gniazdach było jeszcze praktyką akceptowaną, a nawet zalecaną, parokrotnie zaczajaliśmy się w nadrzewnych ambonach, instalowanych w pobliżu myszołowich siedzib. Z jakże żałosnym skutkiem! Te pospolite, w pobliżu człowieka żyjące drapieżniki okazały się nader „krnąbrne”, do przesady płochliwe. Jak zjawy pokazywały się przy gniazdach po paru godzinach naszych jałowych oczekiwań, by po ułamku sekundy zniknąć na kolejne godziny. Były dużo bardziej lękliwe, niż orliki czy jastrzębie. Efekt tych polowań - to tylko nieliczne, raczej kiepskie zdjęcia.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Postanowiliśmy rozegrać partię z myszołowami inaczej. Podchodzenie ich, jak i podjeżdżanie samochodem, przy wielu innych ptakach niezawodne, też nic nie dawało. Choć drapieżniki te siedzą podczas swych czatów łowieckich na wyniosłych stanowiskach i są znakomicie widoczne, zawsze w porę pierzchają. Szybciej, niż np. nieco ociężałe orliki. Nie pozostawało nic innego, jak podstęp.

Jakoż trafił się dopiero co potrącony przez samochód zając. Było to na skraju osuszonego, podzielonego na prostokątne kwatery łąkowe Bagna Wizna. Każdą z tych kwater obramowywał szpaler wyniosłych drzew, na których często i licznie przesiadywały oczekujące na łup myszołowy. Bywało, że po kilka „obsługiwały” jedną kwaterę. Fenomenalne zagęszczenie! Pod jednym ze szpalerów ukryliśmy łaciaty namiot, wykładając przed nim zajęczy szczątek. Dzień był marcowy, zimny i pogodny, z północnym wietrzykiem. Dyżur przy obiektywie przypadał mnie. Zasiadłem w ukryciu, pełen wielkich nadziei.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Myszołowy, owszem, krążyły nad łąką, przesiadały się z drzewa na drzewo, wreszcie wylądowały i nieporadnie łaziły po trawiastej powierzchni. Ale wciąż w znacznej odległości od potencjalnego jadła. Minęły długie godziny, aż wreszcie w ucztowaniu wyręczył je samotny kruk. Wyjadł z zająca co delikatniejsze podroby, a gdy już się nasycił, zaczął wynosić co lepsze kęsy, kursując w tę i nazad od zdobyczy do zarośli. Myszołowy zaś nie podeszły. Wygramoliwszy się po kilku godzinach z ukrycia, odszukałem wzrokiem miejsca, w których przebywały, by odkryć, że faktycznie podeszły dużo bliżej, niż mi się zdawało, gdy spozierałem na nie przez szczeliny ukrycia. To częste w takich sytuacjach złudzenie: to, co bliskie, oglądane niejako przez dziurkę od klucza wydaje się o wiele dalsze. Złudzenie niebezpieczne, bo wiercimy się i szeleścimy w czatowni mniemając, że ptaki nas z tak daleka nie usłyszą, gdy faktycznie są bez porównania bliżej i łatwo możemy je spłoszyć. Może tak było tym razem, może to dlatego ostatecznie nie podeszły do żeru? Do dziś nie wiem.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Kolejne spotkanie nastąpiło po latach w czasie śnieżnej i mroźnej zimy, przy szczątkach padłego łosia. Liczyliśmy tam, prawdę mówiąc, przynajmniej na spotkanie z bielikiem, a tymczasem... Pierwszy, mroźny, słoneczny i lekko mglisty dzień. Sześć godzin marznięcia, jedno krótkie krakanie przelatującego kruka, poza tym cisza,, głusza... Podobnie w ciągu kolejnych dni. Aż kolejnego, odwilżowego, zasnuwającego horyzont marznącym deszczem, w przerwie między drzemkami ujrzałem przez szczelinę coś na kształt smętnego pęczka mokrych szmat. To był samotny myszołów, który przysiadł na końcu łosiowej nogi i tkwił tam jak w letargu, nie kwapiąc się do rozpoczęcia uczty. Wkrótce dołączyły do niego jeszcze trzy sztuki. Równie ospałe. Prawie nie jadły, wszystkie wydawały się tu jedynie pełnić straż. Czyżby tak były wyczerpane tygodniami minionych mrozów i śnieżyc, że nie miały siły rozszarpywać nadmarzniętego mięsa? Wychodząc skostniały z ukrycia, po godzinach jałowych czatów, skłonny byłem tak sądzić.

© Grzegorz Kłosowski
© Grzegorz Kłosowski
Aż pewnego dnia do nęciska przybyło stado kruków i zaczęło się... Myszołowy nie rezygnowały ze stołówki, a widok czarnopiórych rywali wyraźnie je ożywił. Czy zresztą rzeczywiście rywali? A może bardziej pomocników? Kruki nie patyczkowały się wszakże, ale potężnymi dziobiskami rozcinały i rozszarpywały poprzednio już naruszone hakowatymi dziobami myszołowów mięso. Zaczęło go z godziny na godzinę wyraźnie ubywać. Ale gdy to, co najsmakowitsze, zostało przez kruki niejako wydobyte z dotąd zbyt mało dostępnej lodówki, myszołowy upomniały się o swoje. Poobsiadały wyryte przez bandę poprzedników otwory w łosiowej tuszy i wyraźnie dawały do zrozumienia, kto tu rządzi. Kruki nie przeciwstawiały się wprost, ale podchodząc z boku lub od tyłu chwytały brązowopiórych konkurentów za skrzydła czy ogony, czasem je tym jedynie dezorientując, a nieraz ciągnąc po śniegu niczym sanki, by były jak najdalej od jadła. Nasze senne dotąd aparaty zaczęły pracować. Myszołowy ze szmacianych kukieł zamieniły się w ruchliwe i pełne wigoru ptaki. Przyjmowały ekwilibrystyczne pozy z ogonami do góry, byle tylko sięgnąć w głąb porozrywanej tuszy łosia, podlatywały, zataczały kręgi, by efektownie wylądować, nieraz wzbijając kurzawę śniegu. O to nam szło. Migawki rzędu 1/1600, a nawet 1/3200 nieustannie były w robocie. Najtrudniej przychodziło nam wizualne przebicie się obiektywem przez chaotyczny, nieostry w wizjerze kordon kruków, uporczywie przysłaniający co ciekawsze detale. Ale przynajmniej fotografowi zaczęło być w ukryciu gorąco... z emocji.

Najciekawszy okazał się jednak dzień, gdy śnieżna zadymka ogarnęła świat. Grube płatki dezorientują wprawdzie autofocus, doprowadzając go chwilami nieledwie do spazmów, ale jakże ożywiają i uplastyczniają obraz! A na dodatek zamieć zaczęła się... wśród myszołowów. Opanowawszy już natręctwo kruków, zaczęły czubić się między sobą. Wymachy ich pokaźnych skrzydeł wzniecały nie tylko kurzawę śniegu, ale też latających piórek i kłaków z łosiowej sierści. Czasem wyłączaliśmy szalejący autofocus, by opanować to wizualne szaleństwo. Ale potem, oglądając nasz fotograficzny pokot przy ciepłym piecu na kwaterze, zrozumieliśmy, że możemy wreszcie powiedzieć: mamy zdjęcia myszołowa. I powtórzyć sobie po raz setny myśl, która stanowiła początek tej zimowej opowieści.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif