• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Płomykówka - nocne spotkania
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Płomykówka - nocne spotkania Email
Autor: Cezary Korkosz   
Cezary Korkosz
© Cezary Korkosz
Płomykówki.© Cezary Korkosz
Pierwsze moje spotkania z tą piękną sową miałem jeszcze w okresie, kiedy fotografowałem aparatem analogowym. Wówczas to zarejestrowanie na kliszy, zwłaszcza w nocy, dobrego ujęcia było bardzo, bardzo trudne, a jakiekolwiek zdjęcie, gdzie chociaż troszeczkę była widoczna sowa, można było uznać za sukces i bardzo cieszyło. Nie ukrywam, że wówczas, jak nigdy, moje oczekiwanie na wywołanie w zakładzie fotograficznym i w końcu obejrzenie zdjęć obfitowało w wielkie niespodzianki. Ale niestety też rozczarowywało - większość klatek filmu robionych w warunkach nocnych okazywała się albo cała czarna albo cała biała a rolek, czytaj „pieniędzy“ - ubywało.

Aż tu pewnego jesiennego poranka przyjechał do mnie kolega, fotografik przyrody, Artur Tabor. Zaczęliśmy rozmawiać o fotografii, o niedoświetlonych filmach, o prześwietlonych slajdach, o lampach błyskowych, o sowach i w końcu - o zdjęciach nocnych z jego pierwszego aparatu cyfrowego, zdjęciach akcji i ruchu, czyli ujęciach do tej pory prawie nieosiągalnych. Wówczas dla mnie to był koniec kliszy w fotografii nocnej zwierząt, ale to już inna historia.

© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz


























Na nasze szczęście nowe aparaty cyfrowe i ich systemy lamp otworzyły ogromne możliwości w fotografii nocnej ptaków, w tym i sów, a u mnie w głowie wróciły obrazy nocnych spotkań zwłaszcza z płomykówką.

© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
Postaram się opowiedzieć Państwu zdarzenia, z jakimi spotkałem się podczas prób fotografowania płomykówki. Nie będzie tutaj opisu gatunku, bo o tym można przeczytać a każdym atlasie, lecz jedna z prawdziwych historii kart przyrody.

Będąc zaopatrzony już w sprzęt cyfrowy zacząłem na nowo jeździć po nocach, szukać i lokalizować miejsca występowania i przebywania płomykówek. Prawie dwa lata zajęło mi znalezienie dogodnej i wygodnej pod kątem fotografowania lokalizacji tej sowy. Przez ten okres znalazłem kilkadziesiąt miejsc gdzie mieszka ona i żyje, głównie kościoły z wysokimi wieżami, gdzie wejście samemu to spore ryzyko, nie mówiąc już o wniesieniu i rozstawieniu sprzętu. Były też i kościoły z dogodnymi warunkami na wspinaczkę, ale niestety nie za bardzo przyjazne okazywały się gospodynie księdza lub nawet sam gospodarz kościoła, którzy to nie do końca wiedzieli o czym mówię i po co komu
fot. z archiwum autora
fot. z archiwum autora.
włazić na wieżę kościoła za jakimiś tam sowami. Natomiast już zupełne zamieszanie i niepewność wprowadziłem, kiedy powiedziałem, że chcę sam spędzić na wieży kościoła kilka nocy – no, to tu już przesadziłem, po minie tych ludzi widziałem jak biorą mnie za jakiegoś wariata lub złodzieja skarbów. Zresztą z tym złodziejem też miałem kiedyś niezłe zdarzenie, kiedy to pewnej nocy łaziłem wokół kościoła, od czasu do czasu świecąc latarką, aż tu nagle słyszę - stój złodzieju! Ileż było tłumaczenia przed okoliczną społecznością, co ja tu po nocy robię. Jakie sowy panie, nic lepszego nie mógł pan wymyśleć, może słonia też pan zgubił i szuka.

Ale na moje szczęście i to w dodatku bardzo blisko mojego domu w malutkiej wiosce, w malutkim kościółku od 20 lat mieszka rodzinka płomykówki. Warunki do zdjęć doskonałe, wieża kościoła niska i co najważniejsze posiada tylko 4 otwory, którymi może wlatywać sowa. Mimo tego, że jest koniec października, natychmiast tam jadę kilka nocy z rzędu spędzam przed kościołem z przylegającym cmentarzem i nie wierzę własnym oczom - przez noktowizor widzę jak co jakiś czas
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
płomykówka przylatuje z pokarmem i znika w środku przez jeden z otworów w wieży kościoła. Zbliżywszy się do kościółka słyszę bardzo wyraźnie syczenie młodych, tym bardziej intensywne gdy tylko matka nadlatuje z myszką. Oczywiście tysiąc myśli przewija mi się przez głowę, ale mówię sobie spokojnie: na wejście do środka jest już za późno, natomiast mogę spróbować porobić doloty. Następne kilka dni spędzam na zlokalizowaniu księdza, co się okazuje nie takie proste. Nauczony wcześniejszymi kontaktami tym razem przygotowuje się do audiencji - oprawiam swoje zdjęcie z płomykówką w ramkę, robię opis i idę. W trakcie spotkania ksiądz, o dziwo, wyraża aprobatę moich działań. Mało tego, dobrze wie, że mieszka tam od zawsze sowa i że jest to płomykówka, a na koniec mówi: synu tylko mi nie spadnij stamtąd, a jak byś w tym kościele nie zrobił dobrych zdjęć płomykówki, to 4 km dalej masz następny kościół z sowami. Pomyślałem sobie - pewnie to ta sama para, raz w tym, raz w tamtym kościele zakłada lęgi. Ale co szkodzi sprawdzić. I w następną noc jadę do drugiego kościoła. Siedzę w samochodzie i obserwuję
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
2-3 godziny i nic, cisza. Postanawiam użyć stymulacji głosowej mimo tego, że jest późna jesień. Puszczam głos płomykówki i znów miła niespodzianka - nade mną przelatuje biała sylwetka raz, drugi, trzeci, aż w końcu siada 6-7 metrów od mojego samochodu. Królowa sów, piękna i tajemnicza, okazuje się bardzo mało płochliwa. Oczywiście sprzęt przygotowany pod ręką. Wykonuję kilka zdjęć. Jestem bardzo zadowolony i szczęśliwy. Myślę sobie - trafiłem na zagłębie płomykówek.

Tej jesieni robię zadawalający, jak na początek, nocny materiał zdjęciowy, głównie doloty i czekam z niecierpliwością wiosny. Modląc się myślę, że w przypadku tej sakralnej sowy, to nie grzech żeby przystąpiła znowu do lęgów. Z nastaniem wiosny zaczynam znowu odwiedzać znajome dwa miejsca. Pierwsza pojawia się płomykówka ta, którą fotografowałem wabiąc głosem, ale ja wolałbym tę drugą, w miejscu gdzie robiłem doloty.
© Cezary Korkosz
Gniazdo płomykówki.© Cezary Korkosz
Tym bardziej, że wcześniej przygotowałem tam sobie miejsce, tzn. rozłożyłem malutką czatownię, obmyślałem plan dolotów i wejść, no i mam aprobatę księdza. Cierpliwie czekam, a w międzyczasie robię też płomykówki w innych miejscach. Jeszcze w maju jadę tam to sprawdzić. Pakuję do auta drabiny, liny i inne akcesoria wspinaczkowe i po pewnym czasie akrobacji w końcu dostaję się na sam szczyt wieży kościoła. I jest!!! W jednym z narożników leży 8 białych jaj przypominających kurze. Ale szczęście, myślę sobie. Zaakceptowała moją czatownię i inne zmiany w jej domu i przystąpiła do lęgów. Super. Teraz z zegarkiem w ręku czekam na klucia. Po kilku dniach znowu jadę na kontrolę i widzę, że już się zaczęło. Jedno młode się wykluło, szybko robię kilka zdjęć i pozostawiam w spokoju płomykówkę na kilkadziesiąt dni, aż się wyklują wszystkie i rodzice zaczną karmić.
© Cezary Korkosz
Płomykówki.© Cezary Korkosz
W końcu nastaje okres intensywnego karmienia młodych przez rodziców, u mnie natomiast pora pożegnania się z rodziną i zamieszkania z płomykówkami. Przecież tak długo na to czekałem. Pakuję sprzęt, akcesoria i jedzenie. Zakładam spędzić tam kilka nocy. Idę do księdza, witam się z nim, a on do mnie mówi: synu, to już nastąpił ten czas, o którym opowiadałeś. Ksiądz ogromnym kluczem otwiera wielkie drzwi do małego kościółka, poczym ja zaczynam się meblować w swoim nowym domu. Wszak trzeba pomyśleć o wszystkim. Później nie będzie już możliwości poprawiać lub zmieniać. Na koniec pada jeszcze ostatnie pytanie – synu, jeszcze raz się zastanów dobrze, ja mam ciebie tu zostawić na kilka nocy. Umawiamy się na telefon, gdy będę chciał wyjść. Zamykają się drzwi, a ja zostaję sam w kościele. Słyszę tylko donośny dźwięk zamka u drzwi i zapada cisza. Za dwie godziny zajdzie słońce. Młode duszki bacznie przyglądają mi się i z minuty na minutę są coraz ufniejsze. Jest ich siedem, a każde inne. Tylko jedno jajo pozostało nie wyklute.

© Cezary Korkosz
Płomykówki.© Cezary Korkosz
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz


























Po zachodzie słońca pojawia się jeden z rodziców. Najpierw ostrożnie wchodzi przez otwór wieży, przygląda się chwilkę i odlatuje. Mija ok. 20 minut, a młode płomykówki zaczynają niesamowicie głośno syczeć i poruszać się. Co teraz myślą sobie, przecież nie widzą, co się dzieje na zewnątrz. Aż tu nagle, jest! - pojawia się w otworze wieży kościoła, trzy metry ode mnie, śnieżnobiała postać. Inna od tej pierwszej – drugi rodzic z pokarmem w dziobie drepcze do młodych duszków. Podaje jednemu i odlatuje. Jeszcze zdjęć nie robię.
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
Chce trochę poobserwować, nauczyć się ich zachowań i zwyczajów no i, co najważniejsze, żeby to one mnie też poobserwowały, nauczyły i zaakceptowały. Ale wracam myślami do tej drugiej płomykówki. Jest jakaś inna, nie ma żółtego zabarwienia, widać przewagę białego koloru. Później okazuje się, że to nie Tyto alba tylko niezmiernie rzadki, inny podgatunek, Tyto alba alba. I tak, na wspólnym podglądaniu się nawzajem z płomykówkami, mija pierwsza noc. Wschodzi słońce, młode się wyciszają, rodzice gdzieś chowają – pora iść spać.

Dzień mija bardzo szybko. Późnym popołudniem budzę się, ale tym razem przygotowuję się już do zdjęć. Uzbrajam wcześniej powieszony sprzęt w prąd i nastawiam się na wykonywanie zdjęć. Tak jak poprzedniej nocy, jakąś godzinę po zachodzie słońca, rodzice zaczynają karmić młode. Przylatują z pokarmem bardzo często, nawet co 15minut, robiąc przy tym 2-3 około godzinne przerwy w ciągu nocy. Ja natomiast cały czas wykonuję zdjęcia. Staram się zebrać materiał taki, na jaki mi matka natura pozwala, a jak do tej pory, nie skąpiła mi w obrazach przyrody. Ale po jakimś czasie okazuje
© Cezary Korkosz
Płomykówka.© Cezary Korkosz
się, że czeka mnie jeszcze jedno niesamowite zdarzenie. Otóż przez cały czas pisklakom przynosili gryzonie oboje rodzice. Te natomiast nie były w stanie tak często i szybko jeść. Za którymś razem przyleciała płomykówka z kolejną myszką. A tu młode najedzone, mało tego - obok nich leżą jeszcze dwie niezjedzone myszki. Ja natomiast, już po tylu godzinach spędzonych razem z sowami, otworzyłem czatownię i wystawiłem nogi na zewnątrz. Byłem na luzie. Ale na jakim luzie musiała być dorosła płomykówka, żeby wejść bardzo delikatnie na moją nogę i położyć mi na niej nornicę! Naprawdę przyniosła mi pokarm!

To, jak i inne jeszcze zdarzenia uświadomiły mi, z jak mądrym stworzeniem mam zaszczyt przebywać, a że przy okazji udało mi się zrobić kilka zdjęć, to chwała. Rok, w którym to wszystko się działo, był bardzo dobrym okresem na myszy i nornice, dlatego tak liczne były lęgi z tyloma młodymi. Od tej pory jeszcze wielokrotnie spotykałem się z moimi płomykówkami i za każdym razem byłem pod wielkim wrażeniem tych ptaków. A zdjęcia wykonywane im wówczas należą do moich ulubionych.
 
 
2007-2014 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 18.07.2014, 0:36co nowego?
1x1px_trns.gif