• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Rudy i czarny - klęska o poranku
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Rudy i czarny - klęska o poranku Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk
fot. z archiwum autora  
Nie dalej jak dwie wiosny temu, jeszcze nocą, wybrałem się na jedno z podhalańskich tokowisk, zamierzałem nie tyle sprawdzić stan liczebny tokujących tam ptaków, co przede wszystkim uwiecznić niezwykły rytuał godowy cietrzewi. Dzikie fragmenty torfowych uroczysk ciągnących się od Nowego Targu poprzez Czarny Dunajec w kierunku Orawy są jeszcze naturalną ostoją tych wspaniałych ptaków. Każdej wiosny chrapliwe głosy cietrzewi dobiegają gdzieś z zamglonych mokradeł niemal na całej długości obniżenia podhalańskiego. Tu, w głębi wilgotnych uroczysk, rok rocznie natura wzywa wspaniałych "rycerzy wiosny" do niezwykłego turnieju. Magia wiosny w połączeniu z mistyką miejsca w jakim odbywają się te cudowne spektakle sprawia, że każdy, kto tylko miał zaszczyt uczestniczyć w tym niezwykłym widowisku, na długo zapamięta turniej jaki rozgrywają te leśne kuraki o brzasku dnia.

Niestety rabunkowe wydobycie torfu, melioracja, a co za tym idzie nadmierne przesuszenie terenu, kurcząca się baza pokarmowa, czy wreszcie niemal ciągła penetracja człowieka sprawiła, że w zastraszająco szybkim tempie zaczyna kurczyć się populacja podhalańskiego cietrzewia. Dramat polega na tym, że jeszcze kilka lat temu ptaków tylko na tym jednym tokowisku było co najmniej kilkanaście, a ponad dwadzieścia lat temu, kiedy rozpoczynałem przygodę z tymi wspaniałymi ptakami, było ich, jak przypuszczam, na samym tylko Podhalu, grubo ponad dwieście kogutów. W chwili obecnej nieco lepiej sytuacja przedstawia się jedynie na sąsiadującej z Podhalem Orawie, gdzie populacja ustabilizowała się na stosunkowo dobrym poziomie ok. 70-100 osobników...

Jednak wróćmy do tego, co udało mi się zaobserwować owej wiosny, na jednym z mocno wyszczuplonych już podhalańskich torfowisk. Niestety - dwa koguty i tylko jedna kura!
Dwa tokujące koguty w odległości około 100 metrów jeden od drugiego raczej nie dawały powodu do nadmiernego optymizmu. Całość, naprzeciw ubiegłych lat, wyglądała raczej żałośnie. Na domiar tego błotniak stawowy regularnie, co 30-40 minut, nadlatywał i nękał atakami samicę, obok której namiętnie "grał" jeden z kogutów. Co prawda nie widziałem, aby błotniak odnosił jakiekolwiek sukcesy łowieckie, niemniej penetrując okoliczne łąki wprowadzał spore zamieszanie wśród tokujących ptaków. Majestatyczny lot nisko nad łąkami i pozorowany atak bardziej przypominał trening łowiecki niż prawdziwe polowanie, toteż i koguty jak zauważyłem nie wpadały w większą panikę na jego widok, mimo wszystko bacznie obserwowały jego zachowanie. Sytuacja powtarzała się kilka razy, a jedyne tokujące trio, jakie udało mi się zaobserwować, przelatywało z jednego miejsca na drugie. Kiedy błotniak dał już spokój i odleciał w okolice stawów ludźmierskich, jak na ironię doczepiły się dwa kruki. Dla dorosłego i zdrowego cietrzewia kruk nie stanowi bezpośredniego zagrożenia niemniej natura kruka jest taka, że nie przeleci jak nie zaczepi, ot chociażby tak dla zabawy. Kruki wzbijały się, a następnie lotem ślizgowym wykonywały korkociąg tuż nad cietrzewiami starając się w ten sposób wypłoszyć, czy może raczej zabawić z grupką tokujących ptaków. W końcu kura, a chwilę później dwa koguty poderwały się i odleciały ok. 300 metrów dalej na wschód. Również kruki podążyły w swoim kierunku głośno przedrzeźniając się nawzajem w znanym tylko sobie języku. Zaczynałem się już niecierpliwić, piąta godzina w niewygodnej budce i nie mam ani jednego zdjęcia. Mimo, że znalazłem się w dobrym miejscu i dobrym czasie, nic nie udało mi się owego dnia sfotografować, jednym słowem kompletna klęska.

Ponieważ dochodziła godzina ósma wiedziałem, że ze zdjęć w tym dniu nic już nie będzie. Postanowiłem opuścić to miejsce tym bardziej, że nadarzyła się ku temu stosowna okazja, albowiem obserwowane przeze mnie stadko odleciało i raczej nic nie wskazywało na to, aby miało powrócić w najbliższym czasie. Sprawnie spakowałem sprzęt do plecaka i w drogę. Podążając w kierunku samochodu zauważyłem polującego na myszy lisa. Położyłem się w suchych trawach i przez lornetkę obserwowałem jak też rudemu wiedzie się na łowach. Przyznam, że szło mu nienajgorzej, co jakiś czas widziałem jak wcinał namiętnie upolowaną mysz. W pewnej chwili dostrzegłem przecinający cień w świetle lornetki. Patrzę i oczom nie wierzę, cietrzew wylądował kilka metrów od lisa?! Rudego jakby sparaliżowało i ani drgnie, na domiar widzę, że trzyma w pysku kolejną zdobycz. Prawdopodobnie rudo ubarwionego lisa cietrzew wziął za zeszłoroczne suche trawy, bo jak inaczej wytłumaczyć tak niecodzienną sytuację. Kogut również zamarł w bezruchu. Lis ani drgnie, być może nie wiedział czy ma przełknąć zdobycz czy też nie. Te kilka metrów jakie dzieliło drapieżcę i ofiarę było zapewne nowym doświadczeniem w ich życiu. Jednak po chwili lis doszedł do wniosku, że z myszą w pysku atak na znacznie smaczniejszy kęsek, jaki właśnie obok niego wylądował, raczej się nie powiedzie. Być może kogut, który stał wyprostowany jak butelka szampana w każdej chwili gotowy do ucieczki również doszedł do wniosku, że rudy z myszą w pysku raczej nie zaatakuje. Nie chciałem stracić ani chwili z tak niecodziennej obserwacji, wiedziałem, że zanim wydobędę aparat z plecaka, zanim podepnę teleobiektyw, sytuacja bez wątpienia się już rozwiąże. A zatem postanowiłem obserwować, że tak powiem całą akcję na ciepło przez lornetkę. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie było to, że sytuacja wyglądała na patową. Przez co najmniej minutę kompletnie nic się nie działo, lis i cietrzew stali bez ruchu jak w gabinecie figur woskowych. Rudy i czarny, dwie przeciwstawności w świecie przyrody, drapieżca i ofiara, stoją naprzeciw siebie i wydaje się, że żadne z nich nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji. Lis nie atakuje, cietrzew stoi dostojnie wyprostowany przypominający kształtem butelkę szampana, oczywiście w każdej chwili gotowy do ucieczki i nic poza tym. Dłużej już nie mogłem czekać, postanowiłem najszybciej jak to było tylko możliwe wydobyć z plecaka korpus aparatu i teleobiektyw. Kilka nerwowych chwil i mam wreszcie "magiczną skrzynkę do zapisywania obrazu". W momencie podpinania całości do statywu cietrzew odleciał, a rudy spokojnie przełknął zdobycz i ponownie zajął się polowaniem na gryzonie.

Jedna niewielka łąka, stosunkowo mała odległość, drapieżca i ofiara w jednej osi, trzy może cztery metry od siebie, za nimi ciemna ściana świerkowego lasu i wreszcie czas, mnóstwo czasu do zrobienia co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu ujęć. Czy owego wiosennego poranka mógł mnie dopaść jeszcze większy niefart?
W zasadzie tak, na przykład mógł mi ktoś ukraść spod lasu samochód, lub mogłem aparat zatopić w torfiance, ale na szczęście to było jedyne niepowodzenie, jakie pamiętam owego dnia. Mimo, że bez wątpienia, patrząc pod kątem fotograficznym, była to prawdziwa klęska o poranku. Niemniej patrząc na to z perspektywy czasu, już na chłodno, ów niefart był bez wątpienia jedną z najwspanialszych "pocztówek", jaką przyroda owej wiosny mi podrzuciła.


 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif