• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Trudy zimowej fotografii
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Trudy zimowej fotografii Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Zima to bardzo trudny okres w życiu każdego dziko żyjącego stworzenia. Mimo to, wszystkie gatunki zamieszkujące naszą strefę klimatyczną doskonale radzą sobie w niskich temperaturach. Również dla osób fotografujących przyrodę, zima niewątpliwie stanowi pewnego rodzaju utrudnienie. Zwłaszcza tak zwana zasiadka w czatowni, przy dużych mrozach, niejednokrotnie mocno daje się we znaki. Z drugiej jednak strony robienie zdjęć z tak zwanego podchodu, najczęściej nie przynosi pożądanych rezultatów. Stąd też spora grupa fotoprzyrodników, mimo wiadomych meteo-przeszkód, jednak podejmuje trud zimowej fotografii. Niestety, człowiek nawet najlepiej ubrany, nie jest w stanie wytrzymać dłuższego czasu w bezruchu. Niejednokrotnie zastanawiałem się, jak doskonały system przystosowawczy posiadają zwierzęta, skoro są w stanie wytrzymać mrozy dochodzące do -30°C w tym "ubraniu" jakie mają na sobie!


© Kazimierz Pańszczyk
Zdarza się również, że najnowsze elektroniczne "foto cuda", głównie chodzi tu o systemy zasilania aparatów, bardzo często w tak ekstremalnych warunkach odmawiają posłuszeństwa.

Pamiętam, jak kilka lat temu wybrałem się do pobliskiego boru, aby zbadać miejsca zaśnieżeń* cietrzewi, z myślą, że może by tak cietrzew na śniegu... Zasiadka w pobliżu takiego miejsca mogłaby dać całkiem ciekawy plon fotograficzny. Niemniej, aby cokolwiek zaplanować, trzeba najpierw takie miejsce odnaleźć. Dlatego, między innymi, wybrałem się w piękny słoneczny dzień do pobliskiego boru w nadziei znalezienia noclegowisk cietrzewi. Owego dnia w drodze zrobiłem trzy, może cztery ujęcia ośnieżonego boru. Niestety, aparat po kilku godzinach poszukiwań na dobre odmówił posłuszeństwa, jedynie wskaźnik baterii anemicznie migotał informując o spadku napięcia. Pod koniec dnia temperatura zaczęła jeszcze bardziej się obniżać, odczuwałem nieprzyjemne, przeszywające zimno. Z poszukiwań niestety nic nie wyszło, powoli zacząłem kierować się w stronę domu. Pech, a właściwie moja nieostrożność, sprawiły, że skracając drogę powrotną przechodziłem przez dawne torfowe wyrobiska. Miejsca takie najczęściej zamarzają zupełnie. Jednak kiedy wody torfowej nazbiera się jesienią spora ilość i zamarznie stosunkowo wcześnie już w listopadzie, to mniej więcej w połowie zimy na skutek obniżenia poziomu wody w pokładach torfu powstają puste wypełnione powietrzem miejsca i lód jest tam bardzo słaby. Owego dnia, niestety, miałem sposobność się o tym przekonać. Po wejściu na taką poduszkę lodową usłyszałem trzask i zatrzymałem się na rozstawionych ramionach. Na szczęście dodatkowo plecak zadziałał jak amortyzator i nie wpadłem głębiej. Pierwszym odruchem w takiej sytuacji jest ratowanie sprzętu i tak też było wówczas. Niestety, butów i spodni nie dało się uratować, były już mokre! Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, a do domu miałem jeszcze około pięciu kilometrów. Nie oglądając się na nic ruszyłem szybko w drogę. Jak się później okazało najgorsze było dopiero przede mną. W pierwszej chwili po niezamierzonej kąpieli, nawet nie było mi zimno, być może napływ adrenaliny związany z tym wydarzeniem nieco mnie rozgrzał, ale oczywiście nie mogło to trwać wiecznie. Już po kilkunastu minutach spodnie zaczęły marznąć, miałem wrażenie jakbym zamiast spodni miał na nogach sztywną lodowatą papę. Każdy krok stawał się coraz trudniejszy, na domiar tego potworne zimno przeszywało mnie na wylot. Miałem wrażenie, jakby mi ktoś wbijał setki szpilek w łydki, uda i stopy. W borze zapadał właśnie zmrok, musiałem szybko podjąć decyzję; iść lepszą drogą, prowadzącą do składnicy drewna, czy też na przełaj po dużych śniegach? Cóż w takiej sytuacji wybrać, tym bardziej, że czas wyraźnie działał na moją niekorzyść? Wybrałem oczywiście krótszą drogę. Po półgodzinnej mordędze dotarłem do młodnika, za którym znajdowały się pola, a stamtąd do domu było już nie więcej jak ze dwa kilometry. Przedzieram się więc przez młodnik i nagle… znowu wpadam po pas do jakiegoś dołu. O Boże ja chyba śnię, znowu woda?!

Na szczęście był to tylko suchy rów wypełniony śniegiem. Coraz chaotyczniej posuwam się naprzód, potrząsam młodymi świerkami, śnieg zasypuje mi twarz. Teraz nie tylko nogi przekłuwa mi potworne zimno. Śnieg dostaje się za kołnierz, topiąc zlewa się zimną strugą po plecach. Koszmarne uczucie. Zatrzymuję się, aby złapać oddech. Wokoło zapadła już całkowita ciemność, a końca torfowego boru nie widać.

© Kazimierz Pańszczyk
Czy to się wreszcie skończy, pomyślałem. Przecież młodnik, jak byłem tu ostatnio jesienią, nie był taki gęsty! Zaczynają mnie nachodzić głupie myśli, czy aby nie zbłądziłem. Oglądam się za siebie, staram się dostrzec własny trop. Wygląda na to, że trzymam poprawny azymut. Dalej przedzieram się przez młode świerczyny. Sztywne zmrożone szpilki biją mnie po twarzy. Odczuwam ból jakby mnie ktoś smagał pejczem. Na domiar złego, stopy zaczynają mnie swędzieć, to bardzo zły objaw. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie mogę stanąć nawet na chwilę, tylko ciągły ruch pozwoli na utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała. Jednak zmęczenie okazuje się silniejsze, przystaję na 15-20 sekund. Wokoło przenikliwa cisza i ciemność. Teraz wyraźnie słyszę własne tętno i piekący ból w piersiach. To niewątpliwie oznaka zmęczenia. Znowu czarna myśl kluje mi się w głowie?! Nie jestem już taki młody, jeszcze mnie tu zawał chwyci, albo co jeszcze gorszego? Mimo wszystko zbieram się do kupy, nie czas na takie rozważania. Wyrównuje mi się powoli oddech, jest jakby odrobinę cieplej. Nie, nie, to tylko złudzenie. Ruszam dalej. Po dziesięciu minutach katorgi dostrzegam równomierną szarą poświatę - to dywan mgły rozścielony nad polami. Nareszcie jestem na skraju boru! Wyraźna poprawa nastroju. Teraz szybko do drogi, później na most, jeszcze kilkaset metrów, a tam - najmilsze miejsce na świecie, dom!

Po wielkich trudach dotarłem wreszcie na miejsce przeznaczenia. Przemarznięty, na sztywnych nogach, jak cyborg nie z tego świata. Ale za to jaki szczęśliwy, że wszystko dobrze się skończyło. No prawie wszystko, kilka dni później zwieńczeniem fotograficznej wycieczki była grypa. Co gorsza, po wywołaniu filmu okazało się, że te kilka zdjęć jakie zrobiłem pamiętnego dnia, nie było więcej wartych jak może trzy tabletki aspiryny. No cóż, nie wszystko w życiu idzie jak po maśle, czasem droga wiedzie po grudach i też jakoś trzeba ją pokonać.

Jeszcze tego samego dnia po ciepłej kąpieli sprawdziłem temperaturę na zewnątrz, termometr wskazywał -23°C. Rano temperatura obniżyła się jeszcze bardziej, do -29°C. Dopiero wtedy popijając herbatę w ciepłym mieszkaniu zdałem sobie sprawę jak potężna siła drzemie w każdym stworzeniu, aby mogło przetrwać w głuszy tak potworne zimno. Człowiek, pomimo że w świecie przyrody wydaje się być największym niedołęgą, na swój sposób też sobie z tym radzi. Jednak sprzymierzeńcem gatunku homo sapiens z pewnością jest umysł, a nie ślepa siła przetrwania.











rys. Kazimierz Pańszczyk
* Zaśnieżanie: określenie to wywodzi się z tak zwanej gwary łowieckiej. Tego typu nazewnictwo jest zapewne skutkiem wieloletnich obserwacji tych ptaków, które niegdyś były bardzo cenionym wśród myśliwych trofeum. Mięso jak zapewniał mnie jeden z łowieckich seniorów raczej nie zaliczano do kulinarnych rarytasów, natomiast lira (ogon), stanowiła nader poszukiwane trofeum.

Na obszarach charakteryzujących się obfitymi opadami śniegu ptaki te wytworzyły zdolność zakopywania się pod warstwą śniegu na noc. Zarówno samce jak i samice kopią dołki głębokie na 30-40cm, następnie drążą poziomy tunel dochodzący czasami nawet do 2m długości. Następnie własnym ciałem na końcu tunelu rozpychają obszerną komorę w której bezpieczne spędzą długą zimową noc. W czasie tęgich mrozów, gdzie spadki temperatur dochodzą czasami nawet do -20°C w ciągu dnia, ptaki niechętnie opuszczają wykopane jamki. A jeśli już to tylko na 3-4 godziny w celu uzupełnienia pokarmu, po czym zaśnieżają się ponownie, ale już w nowych miejscach.

rys. Kazimierz Pańszczyk
Być może taka strategia w jakimś stopniu chroni je przed zimnem i daje poczucie bezpieczeństwa. Tak czy inaczej wiadomo nie od dzisiaj, że pod warstwą śniegu jest znacznie cieplej niż na powierzchni, nawet o kilka stopni.

Sposób na przetrwanie ostrych mrozów zapewne znakomity, niestety nie jest to najbezpieczniejsza kryjówka przed lisem. "Rudy", któremu chociaż raz udało się schwytać cietrzewia w takim miejscu zazwyczaj wie jaką podjąć strategię aby następne polowanie było również udane. Kiedyś, kiedy ptaków była jeszcze spora ilość, przyroda wiosną rekompensowała zimowe straty. W chwili obecnej cietrzew stanowi już niestety coraz większą rzadkość i każda, nawet jednostkowa strata tej "czarnej perły" naszych torfowisk jest niepowetowaną stratą dla przyrody.


 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif