• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Sowy na choinkę
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Sowy na choinkę Email
Autor: Tomasz Kłosowski   
Tomasz Kłosowski
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Sowa błotna© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Choinka kojarzy się z niespodzianką. Niespodzianka może być pod choinką lub na niej. Sam często bywałem w dzieciństwie obdarowywany barwnymi ptaszkami, dowieszanymi w wigilijny wieczór do innych już tkwiących na choince ozdób, jako niespodzianki. Natura też parokrotnie dostarczyła mi, jako fotografowi, tego rodzaju niespodzianek.

Spotkanie z sową ma w sobie zawsze posmak niespodzianki. Wszakże sowy - obojętnie, którego gatunku - to ptaki skryte i prawie niezauważalne. Wiodąc nocny tryb życia, za dnia śpią starannie ukryte. Tym staranniej, że gdy tylko wykryją je inne ptaki, wszczynają alarm i naprzykrzają się temu pierzastemu dziwadłu, jakim najwyraźniej jest dla nich sowa. Nocni drapieżcy zdecydowanie takiego natręctwa nie lubią, toteż z nastaniem brzasku szukają gęstej korony drzewa, najchętniej świerka, albo zacisznej dziupli. Przyznam, że ich obecność odkrywałem jedynie dzięki wrzeszczącym sójkom i pomstującym metalicznymi sylabami kosom, które wykryły akurat drapieżnika w kryjówce.

Niespodzianka I: w gałązkach świerka

Tak było nieomal zawsze w przypadku sowy uszatej. Niby to pospolita sowa, a jednak tylko parę razy dane mi było ją spotkać podczas wypraw do kniei z aparatem i przez długi czas nie zaowocowało to zdjęciem. Ciemny, kropelkowaty kształt zagubiony wśród poplątanych gałązek...
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Puchacz© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Żaden temat. Sowa uszata inaczej nazywana bywa uszatką leśną, a przydomek "leśny" towarzyszy jej w wielu językach. Owszem, jest ptakiem leśnym, ale raczej nie puszczańskim, bowiem wybiera mniejsze kompleksy leśne i zadrzewienia wśród pól, a w dużych lasach - skraje i sąsiedztwo polan.

Kiedy więc mój, mieszkający w głuchym lesie, przyjaciel, Marcin Kostrzyński, zadzwonił z wiadomością, że ma dla mnie "wymarzoną uszatkę", która "przez całą jesień przesiaduje na tym samym drzewie", myślałem, że chodzi o drzewo rosnące właśnie w takim miejscu. Gdy dziarsko ruszyłem samochodem za jeepem mojego towarzysza, rychło spostrzegłem, że opuszczamy piękne, grądowe ostępy, w których dzikim sercu mieszka i pomykamy ku polom. Jedziemy i jedziemy, a wokół nas coraz puściej i puściej, nawet majaczące dotąd w oddali wstążki niewielkich lasów gdzieś zniknęły, coraz częściej ustępując miejsca sadom. W pewnej chwili mój kamrat żwawo skręcił z polnej drogi do samotnego gospodarstwa otoczonego olbrzymimi sadami. Obejście było prawdziwym zaprzeczeniem upodobań każdego chyba leśnego fotografa: beton, trylinka, murowany dom i magazyny, ciągniki, przyczepy. I jedno, jedyne drzewo - rosły świerk, taki, co to byłby dobrą choinką na rondzie w centrum miasta.

Domyśliłem się od razu, że to właśnie drzewo kryje pierzastą niespodziankę i zacząłem chyłkiem podchodzić. Ale Marcin powstrzymał mnie za ramię: nie wolno się skradać, idźmy naturalnie i swobodnie!
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Uszatka© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Od razu też wskazał dobrze mu już znaną lukę w piekielnie gęstej koronie drzewa, gdzie dobrze było widać całą sowę. Najspokojniej rozstawiłem ciężki statyw i ustawiłem na nim równie ciężki zestaw optyczny - Canon 20D z obiektywem o ogniskowej 500 mm. Tę fotograficzną armatę bez pośpiechu wycelowałem w ptaka. Uszatka ani drgnęła, przypatrując się nam przez wąskie szparki oczu. Tylko przestraszona lub w inny sposób przejęta sowa otwiera oczy szeroko, ukazując ich oszałamiającą urodę, i to pod warunkiem, że zbytnio nie razi jej światło. Rozmawialiśmy głośno z życzliwymi nam gospodarzami obejścia, a sowa pozostawała w bezruchu, jakby była wypchana. A że bezruch panował też w powietrzu, mogłem naświetlać obraz przez ćwierć sekundy, a później i dłużej, bez obawy, że lufa aparatu zadrży. Oczywiście migawkę uruchamiałem wężykiem, by nie dotykać sprzętu i nie powodować drgań. Tak długie czasy naświetlania były konieczne, bo sowa tkwiła w głębokim półmroku grudniowego dnia. Gospodarze radzili, żeby korzystać z okazji, bo do świąt ten tajemniczy gość zniknie. Wiedzą, bo bywa on tu od paru lat...

Więc powstało parę zdjęć. Prawie identycznych, ale za to ukazujących sowę uszatą w bardzo dla niej typowej sytuacji. Fotografując zmieniałem tylko parametry naświetlania. Niewiele to jednak zmieniało w obrazie, bo przy tak długiej ogniskowej, a małej odległości obiektu głębia ostrości i tak pozostawała niewielka. Ale smugi nieostrego chrustu i igliwia tylko dodają tym zdjęciom naturalności, można wręcz rzec - dzikości. Tak to w zupełnie nieleśnym miejscu, niespodzianie, powstało jedno z moich najbardziej leśnych zdjęć.

Niespodzianka II: wśród anielskich włosów

W pierwszych dniach stycznia, a więc w czasie gdy w domach i ogródkach stoją jeszcze przystrojone choinki, otrzymaliśmy z bratem elektryzującą wiadomość: w jednej z uzdrowiskowych miejscowości na oblepionym szronem drzewie przesiaduje kilkadziesiąt sów! Wyruszyliśmy nieledwie na sygnale, nie bacząc na mróz - a był tamtej zimy tęgi!, zaspy i gołoledź. Na miejscu uspokojono nas: po co było pędzić na złamanie karku, one tu siedzą od dawna. I to nie po raz pierwszy, bo były i w poprzednie zimy. Dlaczego akurat tutaj? Czy dlatego, że w zdrojowym parku jest cieplej i zaciszniej niż wokół? Nie wiadomo.

© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Uszatka© GiT Kłosowscy
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Uszatka© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy


























Drzewo, stanowiące rezydencję sów, trudno byłoby uznać za choinkę, okazało się bowiem pokaźną wierzbą płaczącą. Ale jej nitkowate, opadające ku ziemi gałązki, oblepione srebrzystą szadzią, przypominały skądinąd choinkowe włosy anielskie. Pomiędzy nimi prześwitywały przecinkowate sylwetki sów. Było ich tu ze trzydzieści lub więcej. Widok zadziwiający, ale cóż z tego. Nie zawsze to, co pociągające dla oka, jest równie ekscytujące dla fotografa. Krążyliśmy wokół dziwowiska tyleż zachwyceni, co bezradni. Bajkowy obiekt, jako całość, wyglądał w kadrze i na ekraniku LCD zupełnie nieciekawie. Zaś pojedyncze ptaki, pozasłaniane białymi gałązkami, wyzierały niczym zza poplątanej firanki. Wśród tej bieli wydawały się nieledwie czarne. Z trudem wyłapywaliśmy pojedyncze sytuacje, kiedy jedna sowa wystawała zza drugiej lub wspólnie tworzyły jakąś w miarę czystą, figuralną kompozycję. Nie sposób było pokazać sugestywnie, jak niezwykłe jest to zgromadzenie ptaków. Czekaliśmy, aż plamy słonecznego słońca przedrą się przez firankę gałązek i ożywią martwe ptasie postacie. Trud fotografa przyrody nie zawsze wynika z tego, że zwierzęta są aktywne i uciekają. Równie często z tego, że... nie robią nic.

Niespodzianka III: w zaspie

Dzień był lekko mroźny i słoneczny, a otoczenie choinkowe: na dnie przerzedzonego olsu ze świerkiem pełno było zaśnieżonych małych świerczków. Kluczyłem pomiędzy nimi z aparatem niczym w punkcie sprzedaży świątecznych drzewek. Tyle, że byłem tu sam, a teren nie był udeptany. Co rusz zagradzały mi drogę wykroty i pniaki, nakryte śnieżnymi czapkami. Zwrócił moją uwagę jeden, który nie miał czapki, za to sterczały zeń dwie drzazgi, wyraźnie przypominające smukłe uszy. Machinalnie podrzuciłem do oka aparat zbrojny w teleobiektyw 300/4 mm (dłuższych i mających większy otwór nie zabieram na takie przechadzki, bo za ciężkie) i… oniemiałem. Spod lekko opuszczonych powiek patrzył na mnie największy przedstawiciel naszych sów: puchacz. Padł podyktowany odruchem strzał aparatu, a na ten, dla sów już bardzo hałaśliwy odgłos, ptak wzleciał bezgłośnie i miękko, jak zdmuchnięty. To ci prezent pod choinką, a właściwie choinkami! Że w tym lesie puchacz czasami gniazduje - dobrze wiedziałem, bo już w styczniu słychać było z oddali jego godowe pohukiwania. Ale żeby przesiadywał w zaspie w jasny - i to jak jasny! - dzień? Absolutna niespodzianka.

© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Puchacz© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Puchacz© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy


























Fotografowanie przyrody pełne jest niespodzianek. Często przykrych. Ale też czasem takich, które mogą przynieść ciekawe, a nieraz jedyne w swoim rodzaju zdjęcia. Ale na takie niespodzianki nie można liczyć, nie bywając systematycznie w terenie. Święty Mikołaj ich, niestety, nie przynosi. Nie dostałbym od natury wspomnianego tu prezentu spod choinki, gdybym nie ruszył z aparatem przez zaspy.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif