• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Wydarzenia arrow Wydawnictwa arrow Barbara Borzymowska - "A pies siedzi i patrzy"
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Czy fotografujesz ptaki?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Barbara Borzymowska - "A pies siedzi i patrzy" Email
A pies siedzi i patrzy Siłami wolontariuszy, sfinansowany przez sponsorów, niebawem ukaże się tomik wierszy Barbary Borzymowskiej "A pies siedzi i patrzy", poświęconych głównie psiakom. Promocja książki odbędzie się 23 kwietnia 2009 o godz. 1800 w Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Spotkanie poprowadzi Karolina Wajda, a wiersze będzie czytał Wojciech Malajkat. Tomik będzie można nabyć w czasie spotkania, później będzie dostępny głównie w sprzedaży wysyłkowej - jako cegiełka na potrzeby zwierzaków przebywających w Fundacji "Zwierzęta Eulalii" w Mrągowie. Projektem graficznym, typograficznym i realizacją zajmowała się Katarzyna Gubrynowicz, stała czytelniczka serwisu foto-ptaki.pl, laureatka nagrody dla aktywnych użytkowników w grudniu 2008.

Fundacja została założona przez Eulalię Wojnicz 16 września 1998 roku w Mrągowie. Współzałożycielami i fundatorami Fundacji są Violetta i Andrzej Przybyłowie z Warszawy.
Głównym celem Fundacji jest propagowanie idei humanitarnego stosunku do zwierząt, a także popularyzowanie sportów konnych oraz sportów z użyciem zwierząt zaprzęgowych. Ma ona również na celu wspomaganie budowy schronisk dla bezdomnych czworonogów. W latach ubiegłych Fundacja współpracowała z popularnym programem telewizyjnym "Arka Noego" emitowanym w Programie 2 TVP. Eulalia Wojnicz była jedną z prowadzących ten program.
dziękuJemy...
Obecnie Fundacja opiekuje się na stałe ponad setką zwierząt w tym: 33 końmi, 20 psami, 16 kotami, 18 kozami, 2 owcami, 10 świnkami, 2 kucykami, osiołkiem oraz 50 ptakami domowymi. Wszystkie zwierzęta, które znalazły schronienie na terenie Fundacji zostały uratowane od złego losu – głodu, bicia, poniewierki, śmierci. Koni wykupionych z transportu było kilkadziesiąt – dziś trudno je zliczyć... Te, które żyją w Fundacji należą do szczęśliwych, które do rzeźni nie dojechały. Do uratowania są następne i następne – stare, młode, a nawet źrebaki i klacze źrebne... Zanim w drodze padną z wycieńczenia i pragnienia. Zanim zatratują się na śmierć... Walka z procederem wywozu koni na rzeź jest jednym z priorytetów Fundacji...

Jolanta Lipska, jedna z osób zaangażowanych w powstanie książki (również stała czytelniczka serwisu foto-ptaki.pl oraz laureatka nagrody dla aktywnych użytkowników w sierpniu 2008), opowiada historię jakich wiele w Fundacji:

FRED

Fred Jeździmy do tej maleńkiej mazurskiej wioski od lat. Kilka gospodarstw, popegieerowska bieda i znieczulica. Psy karmione suchym chlebem przybiegały do furtki po porcję „prawdziwego” jedzenia jak tylko nas spostrzegły – gdy tylko pojawialiśmy się we wsi. O wiele za rzadko.
Uszkodzony tłumik sprawił, że mąż wszedł na teren posesji do właściciela, miejscowej „złotej rączki”. Do szczekających psów dołączył jeszcze jeden głos – jednooki psi szkielet też pilnował domu. To był Fred...
Zamknięty za siatką, nie mógł przybiegać do furtki. Nie wiedzieliśmy, że jest w tak dramatycznym stanie. Pusty oczodół, ropiejące rany na uszach, wyłamany palec, szkielet obciągnięty skórą. Niewielka klatka – na szczęście z budą – nie sprzątana chyba nigdy. Psia sypialnia, jadalnia i ubikacja tonące w błocie. Jeszcze tego wieczoru mąż wziął porcję jedzenia i kilka zbitych desek, które miały posłużyć za niewielką platformę i poszedł do Freda. Mnie powiedział: „Nie idź tam. Lepiej żebyś tego nie widziała”. Nie poszłam. Zabrakło mi odwagi...
Właściciele – młodzi ludzie z czwórką dzieci – nie reagowali na pukanie. Oznaczać to mogło tylko jedno – za dużo wypili. Na razie jeszcze się tego wstydzą. Ci ludzie żyją na granicy przetrwania. I niestety piją, żeby zapomnieć o swojej nędzy. Obojętność, znieczulenie, a po dużej dawce alkoholu agresja. Mówią o nich: „To ludzie straceni”. Dwoje dorosłych, czworo dzieci, cztery psy – dziesięć nieszczęść.
Do zamkniętej klatki trzeba było się włamać. Zalękniony, udręczony pies mógł różnie zareagować na obcą osobę. Fred z pokorą czekał na swój los... A potem w kilka sekund opróżnił pełną miskę.
Wyjeżdżaliśmy następnego dnia. Wciąż nikt nie otwierał drzwi domu. Karmę dla Freda zostawiliśmy sąsiadom. Obiecali, że będą go karmić.
Nos Mogliśmy go od razu zabrać i zawieźć do schroniska, ale na to smutne miejsce zawsze jest czas. Całe dotychczasowe życie Freda to cierpienie; gdyby choć lata, które mu zostały mogły być dobre. Ból i głód to za mało, by nadać sens psiemu istnieniu. Żeby choć kilka dobrych chwil mu się zdarzyło, kilka sytych dni...
Od tego czasu zaczęłam szukać Ludzi, którzy chcieliby – i mogli – zaopiekować się tym nieszczęsnym stworzeniem. Wiedziałam, że gdzieś są Tacy, którzy pokochaliby Freda. Rozsyłałam dramatyczny apel do znajomych i nieznajomych. Czasem cuda się zdarzają.
I zdarzył się cud...
Tego telefonu od Pani Eulalii nigdy nie zapomnę – Fred był uratowany!!!
12 stycznia 2008 roku (to dzień drugich narodzin Freda!) zabraliśmy go z klatki. Wyjeżdżając po raz kolejny spojrzałam na przymocowaną do ogrodzenia posesji tabliczkę, która, jak na ironię, obwieszczała światu: „Uwaga zły pies”.
Podróż do Mrągowa – około 90 km – była nerwowa (pierwsza dla psa jazda samochodem), zimna (nie chcieliśmy zbytnio ogrzewać przyzwyczajonego do chłodu pieska) i smrodliwa (nie mogło być inaczej, skoro klatka Freda wypełniona była odchodami), ale – to była najpiękniejsza podróż w moim życiu. Wieźliśmy Freda do Dobrych Ludzi!
Zwierzyniec Eulalii to inny świat - taki, jakiego chciałoby się dla wszystkich ludzi i zwierząt. Najprawdziwsza Arka wśród oceanu...
Fred jest wreszcie u Przyjaciół. Musi nauczyć się wielu nowych rzeczy – patrzeć na świat bez siatki; dotyku, który nie boli; smaku innego niż smak suchego chleba; spacerów z opiekunami.
Jeśli znajdą się osoby o wrażliwym sercu, które chciałyby przygarnąć Freda, być może trafi do mniej licznego zwierzyńca i będzie miał właścicieli tylko dla siebie. Tak czy inaczej jedno jest pewne – Fred zdąży poznać smak przyjaźni.
Nie potrafię znaleźć słów, które wyraziłyby moją wdzięczność dla Pani Eulalii, powiem więc najprościej – dziękuję...

* * *

Przez trzy miesiące tak właśnie kończyła się ta historia. Przez trzy miesiące nie było dnia, żebym nie myślała o Fredzie i nie wyobrażała sobie, że kiedyś pojadę do Mrągowa i zabiorę go na długi spacer. A potem Fred dopisał kolejny rozdział...
Może zapach suki, może ciekawość świata, którego nie znał, może tęsknota za wolnością sprawiły, że którejś nocy zniknął...
Zawiadomiłyśmy okoliczne schroniska, straż miejską i leśną, sołtysów pobliskich wiosek. Pani Eulalia rozwieszała ogłoszenia i konno szukała go po okolicy, a ja myślami towarzyszyłam mu niewiadomo na jakich drogach i bezdrożach. Minął dzień, dwa, potem kolejne dni i tygodnie, ale nadzieja nie mijała. Tylko moje spokojne myśli o Fredzie zmieniły się w myśli rozpaczliwe. Wiedziałam, że kolejny cud jest potrzebny, żeby okaleczony pies z ograniczonym widzeniem mógł uchronić się przed samochodami, zdobywać jedzenie i – przetrwać.
Po pewnym czasie moja nadzieja, długo wbrew wszelkim znakom trwająca, zaczęła gasnąć, aż w końcu musiałam się z tym pogodzić – nie ma już Freda, któremu kiedyś pijany właściciel rozbił drągiem czaszkę i o którym przyzwyczaiłam się myśleć: ocalony...
Ale pewnego dnia – a byłam wtedy w mazurskiej wiosce Freda – odebrałam telefon od Eulalii. Z trudem rozróżniałam radośnie krzyczane słowa: „WIOZĘ FREDA DO DOMU!!!”
W tym swoim nieszczęsnym życiu biedak miał też trochę szczęścia! Po czterdziestu dniach samotnej wędrówki, po drugiej stronie jeziora Juksty spotkał Prawdziwych Ludzi o wysoko ponadprzeciętnej wrażliwości. Są rodziną zastępczą dla trojga upośledzonych dzieci i sami mają siedem psów, a serca otwarte i współczujące. Nie mogli zatrzymać Freda, ale też nie chcieli oddać go do schroniska i pomyśleli o zwierzyńcu Eulalii, na którego stronie internetowej ciągle wisiało moje ogłoszenie.
Nie wiem kto bardziej cieszył się ze spotkania – Fred czy Eulalia!
A potem miałam swój wymarzony spacer. Mimo że minęło wiele czasu od naszej wspólnej podróży Fred poznał mnie, przytulił się jak dziecko, polizał mnie po policzku i – poszliśmy nad Czos...

Zwierzęta Eulalii
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif