• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotograf miesiąca arrow Przyjaciele opowiadają...
 

Sonda

Przyjaciele opowiadają... Email

Tomek Kłosowski

Przyjaciółki z pracy
Przyjaciółki z pracy
Dwunożny, brzuchaty, nieopierzony, silnie owłosiony. Nie podlega ewolucji, lekceważy atawizmy, do instynktu rozmnażania podchodzi z przekorą, samolubnemu genowi śmieje się w nos. Jedynie swoją rolę w łańcuchu pokarmowym traktuje niezwykle poważnie - niespożyty w konsumowaniu dóbr matki natury, zwłaszcza przygotowanych młodą damską ręką.

Do dóbr doczesnych ma stosunek głęboko lekceważący, zamiast gromadzić materię - woli gromadzić wiedzę. Pięknie pozbawiony potrzeby luksusów, snobizmów i wszelkich materialnych chuci. O chuciach pozostałych kategorii gotów opowiadać długo, szczegółowo i głośno - zwłaszcza w zatłoczonych eleganckich garkuchniach, gdzie oprócz Tomka słychać tylko szmer nudnawych rozmów i cichy brzęk błyszczących kieliszków. Wielbiciel damskich rumieńców. Idealny na randkę w ciemno zamiast... randki.

Mimo, że tworzy idealnie symbiotyczny związek z samym sobą, wciąż wprawia się w uwodzeniu wybranych samic, wspierając się przy tym barwnymi opowieściami z własnego życia emocjonalnego - najczęściej zmyślonymi. Na podorędziu ma zawsze świeżo spłodzony bon mocik, błyskotliwą puentę i bukiecik ciętych ripost kategorii pierwszej. Z sukcesem meandruje między wielbicielkami, doprowadzając nieszczęsne kobiety do prania mu ubrań i prasowania koszul. Ostatnio próbuje wypracować model “gruppies sprzątającej”- jako że sam nie jest w stanie ogarnąć chaotycznej przestrzeni własnego gniazda. Nieskromnie potwierdza, że kobiety go kochają, ale się z nim nie rozmnażają. Istnieje uzasadniona wątpliwość, czy go to frapuje.

Fotografię kocha, ale uważa ją za dopust Boży (mimo iż nie wierzy w Boga). W pracy wyłącznie sapie, marudzi i gdera, nigdy nie jest z siebie zadowolony - ale upiera się, że jest to pesymizm twórczy. Jest specjalistą od wynajdywania kontrowersyjnych tez i znajdywania argumentów „za” i „przeciw” dzięki czemu nigdy się sam ze sobą nie nudzi. W toczeniu zajmujących dysput nie przeszkadza mu nawet brak interlokutora - w sytuacji braku rzeczywistego rozmówcy Tomek podejmuje dyskurs z wyobrażonym. Zawsze przekonany o wyższości własnych racji.

Z racji przymiotów charakterologicznych powinien zostać objęty ochroną ścisłą w ramach któregoś z programów ochrony pomników przyrodniczych - jako Natura z Natury Dobra.

Na bezludną wyspę zamiast radia zabierz Tomka - nie zauważysz, kiedy minie 20 lat.
Ps. niestety nie można go wyłączyć

Przyjaciółki z pracy
Dorota Adamkiewicz, Joanna Łęska – „Dzika Polska
Monika Purzycka – „Zwierzozbliżenia”


* * *


Nie 40 ale 80

Jarosław Chyra: fotograf, wydawca, twórca festiwalu przyrody i autor programów TV Przez te 80 lat (bo to przecież 40, ale razy dwóch Kłosowskich) sfotografowali wszystko. A ja nieustannie widzę jak planują, wykonują i publikują nowe, co chwilę nowe, fotografie. Każdego dnia wyruszają "na łowy" jakby to był ich pierwszy dzień przygody z fotografią.

Grzegorz wrócił ze zdjęć. Jest niezadowolony. Musiał wcześniej wyjść z budki bo wyjeżdża do Warszawy. Siedział w tej klatce tylko 8 godzin. Wczoraj było to 11 godzin. Przez poprzednie dni "tortury" przyjmował równie długo. Mimo wilgoci i chłodu. Jest końcówka zimy, słońce nie wstaje tak wcześnie, więc, aby zdążyć na pole, wystarczy wstać tuż przed czwartą. A o szesnastej jest już za ciemno. Fajrant, może wracać do domu. Wysuszyć przemoknięte ubranie. Zimą z aparatem haruje się tylko 11 godzin na dobę. Gorzej jest później, wiosną i latem. Do północy siedzą przy laptopie, a za chwilę już czas ruszać w teren. Spanie czy jedzenie to zbędne czynności, wykonywane pośpiesznie i nieregularnie.

To nie jest relacja z gułagu, ale normalny dzień. Tyle, że widziany z mojej perspektywy i doświadczenia. Ponad dziesięć lat fotografowałem zwierzęta, ale od dawna wolę wygodę, niebo nad głową i krajobraz. Krajobraz? Proszę bardzo. Zabieram Kłosowskich w ulubiony fragment Puszczy Białowieskiej. Wracam tam wielokrotnie szukając dogodnych warunków do udanego zdjęcia.
© Jarosław Chyra
Grzegorz Kłosowski, Mateusz Kowalski, Andrzej Sidor, Tomasz Kłosowski, Arkadiusz Szaraniec
Grzegorz Kłosowski, Mateusz Kowalski, Andrzej Sidor
Tomasz Kłosowski, Arkadiusz Szaraniec
Las to trudny temat. Wielu fotografów, w tym na oko uroczym zakątku, poległo z kretesem. Wracam tam latami i mam dwa zdjęcia. Kłosowscy po jednym krótkim wyjściu mają ich tyle, że starczyłoby na kilka wspaniałych kalendarzy czy stron w albumie. Ale Ci perfekcjoniści nie są zadowoleni. Chcieliby, szukają, planują lepsze ujęcia. Jeszcze lepsze.

Przed moim rodzinnym domem w Białowieży stoi olbrzymi karmnik dla setek ptaków i równie duża wygodna ambonka. Nie tam jakaś ciasna klatka z wędkarskim krzesełkiem, ale solidny domek ocieplany styropianem piątką. Swego czasu spędzałem w nim wiele godzin, bo jest wygodnie, ciepło. Stoi miękki domowy fotel, jest półeczka na kubek z kawą, świetlik do czytania książek, kotłuje się nieustannie siedemnaście gatunków paków. A co najważniejsze w każdej chwili (a najchętniej w okolicach obiadu) można zadzwonić do domu i zjawia się któryś z domowników, płoszy ptaki, "wyjmuje" głodnego fotografa z ukrycia. Wiedziałem, że Tomka na takie wygody nie będę musiał długo namawiać. Powstały jedne z pierwszych cyfrowych zdjęć. A za kilka dni powstał podobny karmnik bo oczywiście Tomek nie był zadowolony z owoców pracy, więc od razu zorganizowano "warsztat" już przy domu Kłosowskich.

Z przekory w samym tytule dwukrotnie postarzyłem Braci. Prawdę mówiąc, powinienem ich staż pracy pomnożyć jeszcze przez dwa. Obaj pracują ze zdwojoną siłą, energią i w czasie wymykającym się jakimkolwiek normom. Jest to nieustanne planowanie, fotografowanie, pisanie, sprzedawanie, dzwonienie, przypominanie, użeranie i uśmiechanie do klienta. Jeżdżenie, wysyłanie ofert, wysyłanie plików, wysyłanie monitów. Mówienie do kamery, planowanie tego, co będzie się mówiło do kamery, do widza. Nieustanne rozmowy między braćmi. Relacje, akcje, przelewy, budowanie. Wszystko. Poza jednym... promocją. Wrodzona skromność nie pozwala im na choćby odrobinę autoreklamy.

Nikt w Polsce nie zgromadził tak olbrzymiego archiwum. I niewielu udało się zamknąć w fotografii dwóch tak trudnych do pogodzenia nurtów: komercyjnego i artystycznego. Nie trudno jest robić zdjęcia komercyjne. Szczególnie we współczesnych czasach mamy ich nadmiar na wszystkich półkach, ścianach i monitorach. Dobrze wiemy co publiczność lubi i kupi. Fotografia Grzegorza i Tomasza Kłosowskich (i to jest ich największa zasługa dla kultury Polski) to szlachetna edukacja. To prawda, ich fotografia jest komercyjna, ale jednocześnie kształci dobry gust. To nie są puste, kolorowe obrazki robione z myślą o zysku. To fotografia z duszą. Pełna szlachetnego koloru, kompozycji, treści i głębi. A przy tym dobrze strawna, nie udziwniona. Dzięki temu trafia pod strzechy. Okraszona genialnymi tekstami niesie zgrabne słowo i gustowny obraz do milionów serc i umysłów. Bo z serca i z rozmysłem robiona jest Braterska twórczość.

Jarosław Chyra


* * *


dr Andrzej Kruszewicz: ornitolog, dyrektor warszawskiego ZOO Kłosowcy? Znam ich prawie 30 lat. Każdy z nich jest inny, chociaż dwaj z trzech są bliźniakami. Duchowym, przyrodniczym przywódcą jest niewątpliwie Tomek, chociaż Stanisław ma profesorskie tytuły. Najbardziej artystyczną duszą jest Grzegorz. Tomek za to jest najbardziej medialny. Swym tubalnym głosem wypełnia mikrofony a ogromną piersią (i "podpiersią") wypełnia kamery. Lubią za to Tomka zarówno mikrofony jak i kamery.

Raz nad Biebrzą spotkałem całą trójkę razem. Był to dzień, gdy znaleźliśmy 2 gniazda sów błotnych. Wieczorem, przy kolacji, trio braci Kłosowskich przedstawiło pantomimę pt. "Sowa błotna". Było to coś obłędnego. Bawiliśmy się jak dzieci. A byliśmy przy tym trzeźwi - o dziwo.

Mam w kolekcji monet pięćdziesięciogroszówkę - rówieśniczkę Tomka. Starta i ledwo czytelna, na dodatek wypadła z obiegu. Tomek, jej rówieśnik, jest nadal w obiegu, dziarski i pełen pomysłów. Jest więc solidniejszy od metalu.

Andrzej Kruszewicz


* * *


Krystian Matysek: operator, reżyser i producent filmowy Można by przytoczyć sporo tak zwanych "tajnych" anegdot, ale ja wolałbym napisać wprost; dużo sympatii, mam do Kłosowskich dużo sympatii.

Mimo upływu lat mają pasję. Pracując z nimi obserwowałem jak w każdej chwili starają się zrobić coś lepszego w temacie, który fotografowali już na tysiące sposobów. Z jednej strony mają przewagę (niby jest im łatwiej) bo co chwilę powtarza się zdanie "to już mamy" a z drugiej strony, mają trudniej bo nieustannie podnoszą sobie poprzeczkę. Jeśli kolejny żuraw to musi być lepszy od tych tysięcy poprzednich.

Krystian Matysek


* * *


Bracia Kłosowscy

dr Grzegorz Rąkowski: Instytut Ochrony Środowiska, autor przewodników turystycznych Braci Kłosowskich znam od ponad 35 lat. To oni zaszczepili mi miłość do ptaków i to wspólnie z nimi poznawałem i penetrowałem Bagna Biebrzańskie, ukochane zarówno przez nich, jak i przeze mnie. A było to jeszcze w czasach „romantycznych”, kiedy bagienne turzycowiska regularnie koszono, nadbiebrzańskie wsie były drewniane i pełne życia, a przyrodnicy (poza nielicznymi wyjątkami) nie interesowali się bagnami, nie mówiąc już o turystach. Interesowali się nimi za to melioranci i pamiętam, jak wraz z Braćmi planowaliśmy „terrorystyczny zamach” na pewnego znanego profesora od melioracji, który chciał nam Bagna Biebrzańskie osuszyć. Wynajmowane przez Braci chatki i domy w nadbiebrzańskich wioskach i przysiółkach wielokrotnie służyły jako baza do fascynujących wypraw w głąb niedostępnych bagiennych uroczysk. Wspólnie penetrowaliśmy też bagna w innych rejonach Polski: w Puszczy Augustowskiej, w Lasach Janowskich i na Polesiu Lubelskim. Później przyszły wspólne wyprawy na legendarne bagna kresowe: bezkresne torfowiska Polesia Białoruskiego i Ukraińskiego, rozlewiska Prypeci i mszary litewskie. Podczas tych niezapomnianych wypraw przeżyliśmy mnóstwo przygód, o których można by napisać kilka grubych książek.

Poza tym, że Bracia byli i są znakomitymi kompanami bagiennych wypraw, zawsze na tych ekspedycjach dźwigali ze sobą sprzęt fotograficzny i potrafili wspaniale owe bagna fotografować. Nie tylko zresztą bagna, ale w ogóle przyrodę, a zwłaszcza ptaki, które fotografowali od zawsze. Wydane przez nich liczne albumy to przykład najwyższej światowej klasy fotografii przyrodniczej. Wykonanie niektórych pojedynczych mistrzowskich ujęć wymagało nieraz wielu godzin pracy i znoszenia nieprawdopodobnych niewygód. W ich zdjęciach widać niesamowitą pasję i nieustanną fascynację ulubionymi motywami, krajobrazami i gatunkami ptaków. Ze wspaniałymi zdjęciami współgrają świetne komentarze i teksty, nierzadko mające charakter znakomitej gawędy. Wszystko to sprawia, że przyrodnicze albumy Braci Kłosowskich można dziś śmiało postawić na półce klasyków fotografii przyrodniczej tuż obok książek ich mistrza – Włodzimierza Puchalskiego.

Grzegorz Rąkowski


* * *


Dwa kręgowce z aparatami
(Po co ludziom zdjęcia dzikich zwierząt?)

Arkadiusz Szaraniec: copyrighter, człowiek reklamy Włodzimierz Puchalski, twierdził, że człowiek to jedyny kręgowiec, który tak bardzo – i to w krótkim okresie, bo zaledwie kilku wieków - zmienił swoje środowisko. Ale gatunek nasz na mocy jakiegoś atawizmu wciąż powraca do swych korzeni, do matecznika Natury. Szukanie „relaksu na łonie przyrody”, organizowanie ekstremalnych nieraz wypraw, jak również fotografowanie dzikich zwierząt, owadów, roślin i krajobrazów to są – zdaniem Puchalskiego – przejawy tej samej tęsknoty i chęci odzyskania choć na chwilę „utraconego raju” środowiska naturalnego.

Twórca „Bezkrwawych łowów” uważał, że na te tak różne, a w sumie tak podobne próby powrotu do natury składają się dwie najgłębsze ludzkie potrzeby. Z jednej strony kontakt ze światem przyrody pozwala ludzkim jednostkom i zbiorowiskom odzyskiwać siły do trwania w obcym i trudnym dlań środowisku, bo pomaga odbudowywać te najbardziej potrzebne i podstawowe instynkty, a z drugiej – gna nas TAM potrzeba piękna. A dzika Natura jest jego niewyczerpanym, oszałamiającym swym bogactwem źródłem. (Puchalski nie mógł przewidzieć wynalazku fotografii cyfrowej i prawdziwej eksplozji mody na zdjęcia przyrodnicze, ale skala zjawiska potwierdza jego tezę.)

Tomasz i Grzegorz Kłosowscy w dzieciństwie obejrzeli album „Bezkrwawe łowy” (który pół wieku temu Nasza Księgarnia wypuszczała na rynek w kilku wydaniach i to w nakładach, o jakich się teraz nikomu nie śniło). I przepadło. A jak dostali pierwszą nagrodę (i honorarium) za zdjęcie gniazda wrony, to tylko przypieczętowało ich przeznaczenie. No bo cóż innego mogliby robić? W jakim by oni wytrzymali biurze czy instytucji? Jakie konie by ich utrzymały w garniturach i krawatach, w miejskich murach, w kapciach, w domowych pieleszach, kiedy poczują zew krwi i zagra w nich żyłka rasowego „bezkrwawego łowcy”?

Te dwa kręgowce objuczone aparatami od kilkudziesięciu już lat przemierzają polskie drogi i bezdroża, łąki i pola, najgłębsze mokradła i piachy, oczerety, zagajniki, bory, lasy. O każdej porze dnia, nocy i roku tropią, polują, poszukują, czekają, sprawdzają każdą informację-plotkę-szansę na nowe zdjęcie. Pełna kronika jednego sezonu lęgowego bociana czarnego „od zalotów do odlotów” zajęła im kilka lat. No, ale kto jeszcze ma takie rodzinne portrety hajstry?

Żaden inny gatunek kręgowca nie wytrzymałby tej nieludzkiej udręki i tak długiej, wieloletniej poniewierki. Mróz nie mróz, spiekota czy słota - niech no tylko usłyszą krzyk dzikiej gęsi czy klangor żurawi (najpierw w swej wyobraźni, bo na długo przed pierwszymi przylotami), a już wyfruwają ze swoich zimowych leży, zapadają w uszykowane z dawien dawna komysze i kryjówki, i czatują tam z zapartym tchem na kolejne bezkrwawe trofeum. Nic to, że mają w swych zbiorach każdy polski gatunek, włącznie z tymi najrzadszymi! Ci mistrzowie z entuzjazmem i zapałem debiutantów całymi tygodniami, dzień w dzień po kilkanaście godzin z rzędu polują na to „jedno jedyne” ujęcie.

Jak oni to wytrzymują? Tego nie wie nikt, łącznie z nimi. Ale dzięki temu uporowi i pasji odkryli ósmy cud świata, czyli Bagna Biebrzańskie (wtedy jeszcze bezimienne „ziemie niczyje”, ot, jakieś tam kreskowane=podmokłe obszary na mapie, a teraz największy polski park narodowy), a ich zdjęcia uskrzydlają. Bo wedle zasady Puchalskiego „dwa w jednym” dają nam poczucie kontaktu z czystą, dziką naturą - i są piękne.

Bracia kręgowcy z aparatami swoją ideę i praktykę rodzinnej „dwój-jedni” zastosowali w rozmaity sposób na kilku różnych płaszczyznach. Jak wiadomo, drugi partner jest niezbędny do wyprowadzania w pole ptaka siedzącego na obserwowanym gnieździe. Do czatowni przychodzi dwóch, potem demonstracyjnie odchodzi jeden intruz, ale ptak, który nie umie liczyć myśli, że „ten obcy” już sobie poszedł.

Ale ten rodzinny i profesjonalny twórczy dialog-duet ma wiele stron. Na brata zawsze można liczyć – zarówno na pomoc, jak i krytyczną uwagę. Bracia, przy wszystkich wyraźnych różnicach swych osobowości i reakcji, mają – jak wynika z ich relacji – jakby telepatyczną „gorącą linię” do wymiany codziennych informacji i wszczynania alarmu na jakiś temat. W końcu zanim zaczęli używać samochodów i „komórek”, byli skazani na pociągi, pekaesy, rowery i intuicję (bez której, jak wiadomo, na łowach ani rusz).

Oni uzupełniają się, lecz nie na zasadzie prostych przeciwieństw. Tomasz, mistrz słowa pisanego i żywego, tworzy „scenariusze” nie tylko ich wspólnych albumów (na Biebrzy jest naprawdę sześć pór roku, a nie cztery!), ale też naukowych i wizyjnych jednocześnie przyrodniczych opowieści - gawęd – poematów- esejów o gatunkach i środowiskach, gdzie każde zdjęcie ma swoje miejsce i rolę do odegrania w całości. Grzegorz, jako malarz po ASP, połączenie estety i doświadczonego biologa „w jednym”, umie uchwycić naturę w synestezyjnych kompozycjach, które są wysmakowane i prawdziwe zarazem, a przy tym oddają ruch, klimat chwili i wręcz zapach powietrza.

Ich wspólna „fotograficzna powieść-rzeka” ma dzięki temu rytm i rozmach, a każdy jej odcinek przynosi coś nowego. Co zobaczymy po wiośnie-lecie-jesieni-zimie 2009?

Arkadiusz Szaraniec


* * *


Jan Walencik: filmowiec i fotograf przyrody
© Jan Walencik
W 1992 r. Grzegorz Kłosowski po raz pierwszy asystował przy naszej produkcji
Jan Walencik, Grzegorz Kłosowski, Bożena Walencik. 1992 r w miejscu, gdzie Czarna Hańcza wpływa do Białorusi. Ostatnie dni realizacji filmu "Ballada o Czarnej Hańczy", gdzie Grzegorz Kłosowski po raz pierwszy asystował przy naszej produkcji.





Pod Paryżem jest wzorzec metra, a na bagnach pod Biebrzą są Kłosowscy - od zawsze i na zawsze.

Dwaj, a nieraz i trzej nieznający kompromisu pasjonaci, którzy swoją nieprzeciętną robotą i niezawodnym charakterem roznoszą wokół nieuleczalną chorobę: dzięki NIM ludzie obcujący z naturą stają się lepsi i mądrzejsi.

Kłosowscy, to Kłosowscy i już!

Jan Walencik



© Jan Walencik
W 1993 r. Grzegorz Kłosowski asystował przy realizacji Tętna pierwotnej puszczy
Od lewej Bożena Walencik, Jan Walencik, Krzysztof Komar, Grzegorz Kłosowski . W 1993 r. Grzegorz Kłosowski asystował przy realizacji "Tętna pierwotnej puszczy"
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif