• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Świt Email
Autor: Ludwik Krzeczkowski   
Ludwik Krzeczkowski Najbardziej nieprzyjemna jest chwila gdy ciało zaczyna stygnąć. Jeszcze trochę wcześniej było zbyt ciepło, w marszu rozpinałem kurtkę. Wędrówka w ciemnościach koleinami leśnej drogi, przełajem zaniedbanych pól, wymagała wysiłku. Ciało zaczyna stygnąć gdy już siedzi się w ukryciu i nie jest ważne czy to maleńki namiocik czy czatownia wykonana dużo wcześniej. Nie lubiłem tego momentu gdy wilgoć zamienia się w chłód, liżąc po szyi, wsuwając się szczelinami zbyt luźnych nogawek spodni, przez rękawy. Nie lubiłem tego. Wiele razy, chcąc poznać tajemnice jakiegoś zagajnika, nieznanego fragmentu lasu czy służąc ojczyźnie na poligonach, przemarzałem do kości w mokrym ubraniu i przemoczonych butach gdy wilgoć zamieniała się w lód. Najbardziej bolało gdy wracało krążenie, gdy wracało czucie. Tym razem znów z własnej chęci któryś to już raz stygłem w ukryciu pośród pól w oczekiwaniu na świt. Świt bywa przeróżny. Świt może wpływać mgłą do namiotów, bywa wilgocią na środku wielkiej wody i mrugającym

światełkiem gdzieś daleko na jej brzegu. Świt jest piaskiem w zmęczonych oczach podróżnych i kierowców w długiej podróży nad ranem. Świt potrafi pachnieć. Ten świt też pachniał. Na samym początku był zapachem ziół, roślin które całkiem niedawno uwolniły się spod grubej skorupy śniegu. Później był zapachem iglastego lasu, a jeszcze później wilgocią znad łąk. Gdy już siedziałem w namiociku świt zaczynał  pachnieć inaczej. Leciutki wiatr zmienił trochę kierunek, przesunął gęstą kurtynę mgły i zobaczyłem zarośla, kępę drzew i las na horyzoncie. Niedaleko, tuż nad ziemią, spod trawy wydobywał się wąski pas dymu z  tlącego się w głębi torfu, snuł się wąskimi wstęgami, drażnił.

Nadlatywał z daleka, szybował nad polami spokojnie wypatrując zdobyczy, przysiadał na swoich czatowniach na chwilę by znów później poderwać się do lotu. Wyżej, ponad koronami wysokich sosen wiatr zmieniał kierunek. Widać to było gdy rozczapierzone, wygięte w górę pióra na końcach skrzydeł drgały mu, podwijały się gdy zawracał. Gdy zawisał na chwilę zawirowania powietrza stroszyły mu pióra na grzbiecie tuż za głową. Zbliżał się coraz bardziej w moją stronę, do kępy zarośli rosnących tuż przede mną. Jakieś wahnięcie w locie z nagłą zmianą kierunku spowodowane dostrzeżoną zdobyczą przemykającą wśród traw i znów uspokojony lot. W szkłach lornetki dobrze widziałem wszystkie manewry lotu, szczegóły upierzenia, a on z wdziękiem usiadł nisko, jakiś metr nad ziemią na niezwykle cienkiej gałązce krzaka rosnącego na skraju zarośli. Napuszył się i wypatrywał czegoś na co mógłby zapolować. Był piękny w swojej wolności. Z zarośli niewielkiego zagajnika wyszła powoli łania, później druga i towarzyszący im młody jeleń  ze słabym jeszcze wieńcem na głowie. Weszły pomiędzy brzózki rosnące kilkadziesiąt metrów przed moim ukryciem i zaczęły obgryzać młode pędy roślin. Zaniepokojone jakimś trzaskiem czy może zapachem rozejrzały się wokoło i niespiesznie odeszły w stronę lasu. Myszołów siedział wciąż na gałązce poprawiając się co chwilę, śledząc teren wokoło. W pewnej chwili zamierzając odfrunąć odbił się od gałęzi a ta ugięła się nieomal do ziemi i jak trampolina wysłała ptaka w powietrze.

Świt. W świetle budzącego się dnia, na pokrytej szronem łące, rozdzielające się dwa ślady znaczyły kierunek skąd przyszliśmy w ciemności chcąc uczestniczyć w jednym ze świtów i poranków przyrody. Już za chwilę, już słychać jakieś mocne słowa mężczyzn z niedalekiej wioski, odgłos uruchamianego silnika samochodowego, budzi się dzień. Czajka wznosząca się jeszcze przed chwilą ponad łąką w przedziwnych manewrach piechotą zmierzała do swojego gniazda i klucząc wśród traw wsunęła się pomiędzy kilka wyższych roślin, przysiadła, znieruchomiała, pewnie w ciepłym puchu wygrzewa już  kilka cętkowanych jajeczek. Dla niewprawnego oka jest niewidoczna. W wilgoci na skraju łąki i mokradła ma gniazdo. Jeszcze kilkanaście dni temu w tym miejscu stała woda, taka po kolana. Grube jęzory śniegu z wytopionymi słońcem miejscami przypominały o długiej i ciężkiej zimie, a zawiązki kaczeńców zapowiadały ciepłą wiosnę. Ta wiosna przyszła wcześniej, nie zwodziła gwałtownymi załamaniami pogody zamieniającymi nadzieję w nagłą śnieżycę, która zmieniała budzące się życie w szkołę przetrwania. Ciepło wznoszącego się słońca przygrzewało przyjemnie coraz bardziej.  W cieniu rzucanym przez namiot siwy szron przypominał jeszcze o nocnym chłodzie choć wokoło zieleń nabierała już pewności siebie i skrzyła się w kroplach wilgoci. Kilkanaście lat temu na Podhalu pod koniec kwietnia spadł wielki śnieg, zaskoczył czajki ilością i chłodem. Ptaki szukając ciepła grupowały się w stada na skraju tworzących się zbiorników wody. Próbując przetrwać siadały na cieplejszym asfalcie dróg gdzie ich szanse malały do zera. Chciały przeżyć i niestety niewielu to się udało bo drogi są niebezpieczne. Śnieg zalegał długo, zbyt długo. Gdy zniknął i już wyschły ostatnie kałuże po śniegowej wodzie, gdy w gniazdach pojawiły się  ptasie jajka, dziwne zwyczaje ludzi karzące im wypalać wiosną suche trawy ugorów i niekoszonych łąk powodowały pożary na wielkich obszarach. Żar przechodził ponad gniazdami  ptaków gnieżdżących się na ziemi w głębi traw, niszczył rozwijające się w skorupkach życie, dusił gryzonie żyjące w gęstwie niskiej roślinności. Głos czajki stał się rzadkością, witałem go z radością w wiosennym gwarze ptasich dźwięków, przypominał lata gdy było ich bardzo dużo. Lubiłem patrzeć jak pojedyncze ptaki w przedziwnych manewrach odwracały uwagę potencjalnych wrogów od swoich nielicznych gniazd, jak uroczo składały skrzydła siadając na ziemi i drepcząc kluczyły pośród traw.

Świt przemieniał się w poranek. Skracały się cienie rzucane przez drzewa, szron stawał się zwykłą wilgocią w tysiącach kropel. Kilka takich zawisło i skrzyło się na wąsach zająca, który "wykicał" z niewielkiego zagajnika i na skraju łąki zajadał śniadanie. W świetle wschodzącego słońca był tylko sylwetką ze sterczącymi w górę uszami. Poruszały się uszy, poruszały wąsy w rytm jedzonej młodej roślinności. Ja czekałem na moje ptaki. Słychać je było, czasem siadały w furkocie skrzydeł gdzieś obok, czasem całkiem blisko i wtedy  obiektyw śledził je delikatnie z ukrycia.

Pamiętam chłodny poranek, wtedy byłem w innym miejscu, na skraju polany wrzynającej się niczym zatoka w głąb zarośli. Moje ptaki tokowały z zapałem pośrodku gdy pojawiły się sarny, które wyszły skubać świeżą trawę. Weszły pomiędzy ptaki pożywiając się, tu przystanęły, tam poskubały, nie było oznak niepokoju z żadnej strony. Widok jak z disnejowskiego filmu dla dzieci. Dziś jednak saren nie było, może ciężka zima im zaszkodziła, może zdziczałe psy, a może po prostu poszły w inne miejsce. Tymczasem wokół mnie ruch i gwar był coraz większy. Ptasia drobnica robiła wielkie zamieszanie, samczyki skowronków i drozdów przekrzykiwały się, pokląskwy uroczo siadały na źdźbłach traw pilnując swoich terytoriów. Na szczycie mojego namiociku usiadł jakiś mały ptak. Zachrobotały pazurki po materiale ukrycia i po chwili rozległy się trele, dzieliło nas kilka centymetrów i grubość materiału. Przypomniała mi się humorystyczna sytuacja z pewnej ambony myśliwskiej gdzie też czekałem na świt. Wysoka ambona stała na skraju lasu nad strumieniem. Daleko, w polach koledzy w ukryciach czekali na cietrzewie. Jeszcze było ciemno, mgła spowijała okolicę, chłód dobierał się do mnie ze wszystkich stron. Siedziałem wtulony w kąt ambony grzejąc dłonie od kubka z kawą i obserwowałem okolicę, choć nie wiele było widać. W pewnej chwili od strony lasu usłyszałem furkot nadlatującego jakiegoś niewielkiego ptaszka, a po chwili - chrobotanie po blaszanym dachu ambony i zapadła cisza. Zapomniałem po chwili o tym ptaku tym bardziej, że słychać było inne. W pewnym momencie, w ciszy, tuż nad głową rozległ się bardzo głośny dźwięk, podobny do serii uderzających w blachę kul z pistoletu maszynowego. Lornetka o mało nie wypadła mi z ręki. Uderzyłem głową o sterczący powyżej, wystający sęk, na którym myśliwi wieszają broń i roześmiałem się prawie na głos. Niewielki dzięcioł powtórzył werbel kilka razy. Z lasu, po chwili, w odpowiedzi dobiegł podobny dźwięk grany na jakimś suchym sęku, coś jakby - nie czuj się zbyt pewnie ja też tu jestem. Odpowiedź konkurenta do jakiejś uroczej samiczki.

Świt rozpłynął się już dawno w promieniach wschodzącego słońca, pojawił się poranek. Jeszcze w cieniach pod lasem czaiły się wstęgi mgieł, jeszcze siedzieliśmy w namiocikach wtopionych w krajobraz rozkoszując się pulsującym wokół życiem. Już niedługo pojawią się tu ciągniki orzące pola, choć już coraz rzadsze. Zadzwoni dzwon z pobliskiego kościoła. Spakujemy sprzęt do plecaka, wypijemy resztkę kawy z termosu. Wrócimy powoli do samochodu, do świata hałasu, pośpiechu, do zgrzytających na szynach tramwajów, dzwoniących komórek. Będzie bolało.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif