• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow W rezerwacie straszy
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

W rezerwacie straszy Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Zdarza się, że zaplanowana sesja zdjęciowa wybitnie się nam nie układa. A to bateria w ważnym momencie odmówi posłuszeństwa, innym razem pamięć zbyt szybko się zapełni (dawniej problemem był za wcześnie kończący się film),
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
to znowu ptak ustawił się nie tak jak trzeba itd. Jednym słowem wszystkie tego typu sytuacje są na tyle powszechne i powtarzają się tak często, że pisanie o czymś tak banalnym nie miałoby najmniejszego sensu. Nawet jeśli sprzęt nie zawiedzie, a przed czatownią nasze „polne atelier” wyczyszczone jest jak dywan przed świętami to i tak zazwyczaj zdarzy się coś czego nie zdołaliśmy wcześniej przewidzieć.
Pewnego razu, jak pamiętam, z wielkim zapałem fotografowałem myszołowa. Gdy licznik wyświetlił 37 klatek pośpiesznie otwarłem „puszkę” aby szybko zmienić film i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem, że filmu nie ma! Okazało się, że naświetloną rolkę wyjąłem dzień wcześniej i najzwyczajniej w świecie nie załadowałem nowej. Z kolei innym razem przygotowałem trzy rolki do wywołania kładąc je na stole przy którym dzieci właśnie jadły śniadanie. Gdy byłem już gotów do wyjścia okazało się, że mój młodszy, czteroletni wówczas syn wyciągnął wszystkie filmy z kaset, ze zdziwieniem oświadczając - tata tu nic nie widać! Niestety w tej sytuacji obiecana „wycieczka” do foto-labu musiała być odwołana. Podobnych losowych przypadków, każdy fotografujący miał zapewne bez liku.
Tymczasem w tym odcinku chciałbym podzielić się z Państwem nie jakąś tam błahostką pod tytułem „wpadł mi obiektyw do strumyczka”, tylko czymś na co nie znalazłem nigdy logicznego wyjaśnienia.

Zdjęcie zapisane elektronicznie czy też w formie odbitki jest już finalnym efektem naszej pracy, zazwyczaj więcej czasu poświęcamy samym przygotowaniom niż późniejszej sesji zdjęciowej.
zobacz powiększenie w galerii
Bociany czarne© Kazimierz Pańszczyk
Mimo wszystko za każdym razem powinniśmy wkładać cały zasób swojej wiedzy w to co robimy, a już szczególnie kiedy mamy do czynienia z gatunkami sporadycznie występującymi. Kiedyś takim ptasim rarytasem był bocian czarny. Należał do bardzo rzadkich ptaków w naszym kraju, a na Podhalu gatunek ten był zaliczany do skrajnie nielicznych. Obecnie, na szczęście, rosnąca populacja coraz lepiej rokuje na przyszłość. Ale jak już wcześniej wspomniałem ćwierć wieku temu krążące hajstry nad borami nowotarskimi wzbudzały ogromne zainteresowanie. Podobnie rzecz miała się ze zdjęciami tych ptaków, których w owym czasie za wiele nie było, a ujęć faktycznie interesujących było naprawdę jak na lekarstwo. Przypuszczam, że w całym powiecie nowotarskim w tamtych latach gościły co najwyżej trzy, góra cztery pary lęgowe. Tak czy owak odnalezienie bocianiego gniazda jeszcze dwadzieścia lat temu bardziej przypominało szukanie igły w stogu siana.

Pamiętna wiosna nie przyniosła rezultatów, lato właściwie też spełzło na niczym, pozostały jeszcze poszukiwania jesienne. Pod koniec lata, kiedy to ptaki definitywnie opuszczą gniazdo, można penetrować obszar bez obaw. Ponadto samo przeszukiwanie terenu jest nieco ułatwione ponieważ duża ilość odchodów pod gniazdem w zasadzie dekonspiruje takie miejsce.
zobacz powiększenie w galerii
Bocian czarny© Kazimierz Pańszczyk
Z kolei z etycznego punktu widzenia poruszanie się w okolicach gniazda w czasie, kiedy ptaków już tam nie ma wydaje się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem.
Co prawda w ostatnich latach odchodzi się już od fotografowania w obrębie gniazd. Najogólniej rzecz ujmując jest to słuszny kierunek, albowiem tak naprawdę do końca nigdy nie jesteśmy pewni jak zareagują ptaki na naszą obecność. Natomiast jeszcze kilkanaście lat temu tak zwane „gniazdowe ujęcia” były, co tu dużo mówić, dosyć powszechne.
Rezerwat i okalający go bór w którym gościła para czarnych boćków znałem doskonale, chodziłem tu jeszcze jako kilkuletni chłopiec z moją babcią na jagody. To właśnie tam natknęliśmy się z moim kolegą dosyć przypadkowo na bocianie gniazdo. Z fotograficznego punktu widzenia było w dobrym miejscu i wyglądało co najmniej na kilkuletnie. A zatem była szansa, że w nowym sezonie lęgowym ptaki tu powrócą. Wstępnie przygotowaliśmy ukrycie, pozostało jeszcze dobrze zapamiętać miejsce i cierpliwie czekać do przyszłego sezonu lęgowego. Okolice gniazda odwiedziliśmy jeszcze kilkukrotnie pamiętnej jesieni w ramach tak zwanego treningu wzrokowego i za każdym razem trafialiśmy tam bezbłędnie. Któregoś jesiennego popołudnia zebrało nas na pieczone ziemniaki w ognisku, jak za dobrych szkolnych lat. Wybór oczywiście padł na znajomy bór, a przy okazji mieliśmy treningowo odwiedzić nasze bocianie „M2”. Wszystko szło jak najbardziej po myśli. Był pomysł, był plan, była też i realizacja. Oprócz ekwipunku zabraliśmy na spacer psa naszego kolegi, który wręcz przepadał z nami się włóczyć. Odwiedziliśmy znane nam wcześniej bocianie hamrzysko, po czym wróciliśmy około 500-600 metrów w kierunku nieczynnego rowu odwadniającego i tam rozpaliliśmy, już przy zapadającym zmroku, ognisko. Była zaawansowana jesień, wilgotny bór, snujące się mgły, chłód, jednym słowem pora raczej do siedzenia w domu, a nie na biwakowanie przy ognisku. Ale jak wiadomo, nawet najlepiej przyrządzony ziemniak w domu nie umywa się do tego z ogniska. Poza tym jesienny leśny nastrój to znakomity czas na wspomnienia. A któż z nas nie lubi poleniuchować w lesie, zakrztusić się żywicznym dymem, porzucić choć na chwilę codzienną etykietę i wcinać brudnymi paluchami skwierczącą kiełbachę i przypalone ziemniaczyska?
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
Jak pamiętam, owego wieczoru jęzory ognia buzowały w najlepsze, a my w jego cieple sentymentalnie rozleniwieni wspominaliśmy szkolne czasy i zabawy w podchody w tym wilgotnym borze. Naśmiewaliśmy się ze starych opowieści mówiących o tym, że gdzieś tu, na torfowym bagnie znajdować się miał niewielki gród zwany Kozim Targiem. Stara opowieść głosiła, że miało go pochłonąć tutejsze torfowisko, a nowa lokacja miasta zwana później Nowym Targiem powstała w rozwidleniu Białego i Czarnego Dunajca. Oczywiście nic takiego nigdy nie miało miejsca, była to li tylko barwna opowieść, nie mająca jakiegokolwiek pokrycia z prawdziwą lokacją miasta. Nieco bardziej realistyczne opowieści dotyczyły już lat późniejszych. Między innymi wspominano, że na tutejszym uroczysku wykonywano niegdyś wyroki na skazańcach. I faktycznie stare zapisy katastralne coś na ten temat wzmiankują.
Ta niwa posiada drzewo miętkie, sośninę i smreczynę czyli świerkninę w sobie młodą zawierającą. W tej Niwie znajduje się miejsce nieużyteczne to jest miejsce gdzie szubienica stoi.
A jeszcze bardziej współczesne nam opowiastki głosiły o dziwnych incydentach, jak chociażby o tajemniczym pobiciu nocą juhasa, który pilnował kierdla owiec pod borem. Jak twierdzili pozostali jego pasterscy kompani „cosik okropnie wymłóciło Jędrka po gębie do tego stopnia, że rano nie mógł się bidok poznać”. Przy czym pobity nieszczęśnik ponoć nikogo nie widział... Ponadto, jak zapewniali pozostali juhasi, sam poszkodowany napojów wyskokowych nie nadużywał jak i też nie miał skłonności do opowiadania głupot. A zatem wyglądało to już co najmniej dziwnie. Z kolei inna opowieść wspominała o trzech robotnikach pracujących przy regulacji Białego Dunajca, którzy wieczorową porą wracać mieli przez bór do pobliskiej wsi Szaflary. Podobno czegoś tak mieli się wystraszyć, że jeden z nich dostał zawału serca i rzekomo zmarł. Wszystkie tego typu opowiastki traktowałem jak gusła i fanaberie, jednak po incydencie z jakim mieliśmy owego wieczoru do czynienia mój bezkrytycznie kanciasty pogląd na ten temat nieco się zaokrąglił. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, mimo upływu ponad dwudziestu już lat, nadal przechodzą mnie dreszcze po plecach.

Pies od jakiegoś już czasu tarmosił przy ognisku kość, którą zabraliśmy dla niego aby miał, jak to się mówi, zajęcie. W pewnej chwili zaczął zachowywać się tak jakby ktoś nadchodził, usiadł i dosyć długo wpatrywał się w ciemność za nami. Po chwili wolno ruszył w tym kierunku, myśleliśmy, że faktycznie ktoś idzie bo jego reakcja była jak najbardziej typowa, jednak jak pamiętam w ogóle nie zaszczekał. Jak sobie dobrze przypominam, nie przejęliśmy się tym zupełnie i ciągnęliśmy dalszy, nie pamiętam już jaki temat rozmowy. Mniej więcej po upływie 4-5 minut słyszymy że coś bardzo szybko biegnie łamiąc po drodze patyki. Jak się po chwili okazało, był to towarzyszący nam pies, który niesamowicie cwałował w naszym kierunku. Obejrzeliśmy się w jego stronę i zauważyliśmy, że nagle wszystko jakby wokoło pociemniało. Niemal automatycznie wróciliśmy wzrokiem na ognisko, a ono prawie całkiem już w tym czasie zgasło...
Niewielki tylko żar tlił się z czegoś co jeszcze 10-15 sekund temu dawało spory ogień i ciepło?
Psisko w tym czasie dobiegło i panicznie wepchało swój wielki łeb pod moją kurtkę. Wyczułem, że cały drży.
Domyśliłem się, że bynajmniej nie z zimna lecz ze strachu. W pierwszej chwili pomyślałem, że może natknął się na dzika, a może to wilk? Baca ostatnimi czasy narzekał, że podchodzą tu wilki. Ale to dogasające ognisko?... Jak wytłumaczyć to nietypowe zjawisko?
Wyglądało to tak, jakby ktoś dosłownie przed chwilą wlał do ognia wiadro wody! Przedziwna sprawa. Nastała ciemność i atmosfera stała się strasznie drętwa.
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
A w dodatku ten drżący pies wpychający coraz mocniej łeb pod kurtkę. Nie jestem w stanie w kilku zdaniach oddać tej atmosfery jaka zapanowała zaledwie w ciągu kilkudziesięciu sekund. Wyczuwaliśmy jakiś wewnętrzny niepokój. Wokoło panowała absolutna cisza, ognisko dogasało dając jeszcze trochę siwoniebieskiego dymu. Drżący ze strachu pies, żadnego zwierza, ruchu, odgłosu złamanego patyka, zupełnie nic! Tylko ta przenikliwa cisza i dochodzący dziwny zapach, jakby jakiś taki stęchło-grobowy. Poczułem jak oplata mnie zimno, być może był to tylko efekt zgaszonego ogniska? Trudno po latach jednoznacznie to stwierdzić. Jak pamiętam nie odzywaliśmy się przez jakiś czas nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu. Mogło to trwać dwie, może trzy minuty. Wreszcie Ludwik powiedział - dobrze będzie jak sobie stąd pójdziemy. Jak pamiętam, nie mogłem tego z siebie wykrztusić, ale marzyłem aby któryś z nas to wreszcie powiedział! Niemal natychmiast jak rażeni prądem poderwaliśmy się na równe nogi, sprawnie spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę. Kolega zaświecił latarkę lecz ta po niespełna sekundzie zgasła. Pierwsza myśl to oczywiście spalona żarówka. Szybko wydobyłem swoją latarkę, ale moja w ogóle nie zaświeciła. Baterie miałem przecież nowe, żarówka, jak sprawdzałem wcześniej, była dobra! Tak czy owak zostaliśmy bez światła. Do wspomnianego wcześniej rowu mieliśmy około 50-60 metrów, mimo ciemności doskonale wiedzieliśmy w którym kierunku iść. Wzdłuż rowu prowadziła szeroka i wygodna ścieżka, z tego miejsca na skraj boru było nie więcej jak ze dwa kilometry. Problemem stało się coś, czego przez lata nie mogłem pojąć, a mianowicie: co w owym czasie stało się z rowem, który powinien przecież być nie dalej jak 50m od nas. Szliśmy dłuższą chwilę a rowu ciągle nie było!
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
W międzyczasie ze trzy razy nadepnąłem psu na łapę tak cisnął mi się pod nogi. Nie wiem jak to było możliwe, ale w pewnej chwili jak poprzez jakiś telepatyczny przekaz zatrzymaliśmy się i jak na komendę zrobiliśmy zwrot do tyłu. Nieco na lewo jakby w głębi boru dostrzegłem wyraźną bladą kulistą poświatę, jakby z księżyca. Zaskoczony byłem, że to coś jest tak nisko między drzewami. Nie zastanawiając się głębiej nad tym zjawiskiem ruszyliśmy dalej. Zdezorientowany i, co tu dużo mówić, wystraszony postanowiłem więcej się już nie oglądać tylko szukać wspomnianego rowu. Chwyciłem psa za grzywę aby nie deptać mu więcej po łapach, bo straszliwe pchał się biedaczysko pod nogi. W tej chwili już dokładnie nie pamiętam, ale dopiero po jakichś mniej więcej dziesięciu minutach wreszcie natrafiliśmy na rów, który tak naprawdę był w odległości rzutu kamieniem od tlącego się ogniska. Stąd droga była już dosyć prosta. Szliśmy szybkim marszowym krokiem wzdłuż rowu nie oglądając się za siebie, trzymając cały czas psa za grzywę. Zwykle lubił hasać, tym razem jednak szedł nadzwyczaj spokojnie ocierając się o moją nogę. Bez światła widzieliśmy nie dalej jak na kilka metrów, jednak niczego co moglibyśmy nazwać jakimś zjawiskiem paranormalnym już później nie zauważyliśmy. Jednak przez cały czas towarzyszyło nam to dziwne uczucie i świadomość, że jakaś nieznana siła zatopiona w mroku nieustannie podąża za nami. Przez całą drogę tj. około 20 minut szybkiego marszu żaden z nas nie zamienił ani jednego słowa. Jak pamiętam, marzyłem wówczas tylko o jednym, aby wreszcie wyjść z tego boru. Po jakimś czasie dojrzałem między drzewami światła. To były światła nowotarskiego lotniska sportowego. Wreszcie byliśmy na skraju boru. Ogromna ulga i rozładowanie napięcia.
Co to było? - pytam kolegi.
Nie wiem, a widziałeś te dwa księżyce?... - ciągnął Ludwik.
Powiedziałem, że widziałem tylko bladą kulistą poświatę między drzewami, ale księżyca w ogóle nie widziałem, a w dodatku jeszcze dwa?
Co najmniej dziwne.
Czyżby każdy z nas widział co innego? Jak to możliwe, byliśmy nie dalej jak ze dwa, góra trzy metry od siebie?
Pies w tym czasie zniknął w ciemnościach - zaczął biegać i cieszyć się jakby dopiero co wyszedł na spacer. Szliśmy po łące wolnym już krokiem wymieniając poglądy na temat tego czegoś, co wyraźnie wyczuwaliśmy lecz nie mogliśmy materialnie dostrzec? W pewnym momencie kilka kuropatw z okropnym szczebiotem poderwało się nam niemal spod nóg. Myślałem, że zawału dostanę; po takich przeżyciach jeszcze trafiły się kuropatwy... Dostałem takich skurczy żołądka jakbym zamiast ziemniaków najadł się szyszek. Ludwik odruchowo zaświecił latarkę i o dziwo... zadziałała.
Zaraz, zaraz ...
Wydobyłem szybko swoją i co się okazało? Że również i moja za pierwszym razem zaświeciła! Nie wierzyłem! Chwila zastanowienia, ponownie poczułem elektrykę w formie biegających po plecach dreszczy. Zgasiłem i zaświeciłem chyba z dziesięć razy, raz za razem, zarówno moja jak i kolegi działała za każdym razem bezbłędnie! A zatem właściwie co się wydarzyło i z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia?
Przez cale późniejsze lata nocnych wędrówek na ptasie zasiadki i nie tylko, nigdy nie doświadczyłem podobnego zjawiska. Niemniej jednak towarzyszyło nam w owym czasie tak dziwne uczucie, że byliśmy przekonani, iż ocieramy się o coś nadwymiarowego. Było to, jak pamiętam, coś na tyle realistycznego, że wyrazistość i plastyka tego zjawiska była nieporównywalna do czegokolwiek. Tak do końca nie towarzyszył nam tylko suchy, przeszywający nas strach. Bardziej wyczuwało się w tym jakiś wewnętrzny nieznany dialekt, telepatycznie mówiący, że życie jak kula może toczyć się tylko do przodu. Nie ma potrzeby spoglądać za siebie, tam nie ma historii, za to jest pustka nad którą króluje już tylko śmierć...
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif