• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Spalona buda Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Na przełomie jesieni i zimy dużym zainteresowaniem cieszą się wypady na zdjęcia szponiastych i krukowatych.
zobacz powiększenie w galerii
Orlik krzykliwy© Kazimierz Pańszczyk
Duża część foto-przyrodników buduje w tym okresie nowe lub też modernizuje stare czatownie. Sukces jesienno-zimowych ujęć w dużej mierze uzależniony jest od systematyczności karmienia jak i też od zasobności ptaków w danym regionie. Niestety, na moim terenie, na Podhalu, późną jesienią, poza myszołowami, pustułkami i sporadycznie występującymi jastrzębiami, właściwie więcej ptaków szponiastych nie obserwuję. Nieco lepiej sytuacja przedstawia się z krukowatymi. Budując z kolegą wspólną czatownię liczymy właśnie na większą rzeszę krukowatych no i, jak zwykle, na myszołowa. Zapewne nie są to jakieś wymarzone gatunki, ale jak głosi stare ludowe porzekadło - Jak się nie ma jesiotra, to żaba też smakuje jak ryba.

Pierwsza czatownia, którą zbudowaliśmy powstała na przełomie ostatniej dekady minionego stulecia. Dla młodzieży może to brzmieć jak lekcja z prehistorii jednak dla mnie każda przygoda związana z dziką naturą, nawet ta najodleglejsza,
zobacz powiększenie w galerii
Kaczki krzyżówki© Kazimierz Pańszczyk
to jak dzień wczorajszy. W owych czasach nikomu nawet nie śniło się o cyfrowym zapisie, nie wspominając już o internetowym przekazie informacji. Każde niepowodzenie trzeba było samemu przeanalizować, wyciągnąć wnioski i starać się wdrożyć coś nowego na przyszłość. Pomijając niedoskonałości sprzętowe trudno było w tamtych czasach zdobyć jakikolwiek instruktaż skutecznego kamuflażu. Wielokrotnie przeglądałem albumy starych mistrzów, analizowałem opowieści - wszystko w nadziei, że uda mi się rozszyfrować sekret narodzin tak cudownych ujęć. Magia ówczesnych albumów polegała głównie na bliskim kontakcie zwierzę - fotograf, a zatem musiał istnieć jakiś sposób na zrobienie tak wspaniałych zdjęć, jakie podziwiało się w albumowych wydaniach. Dzisiaj zapewne wielu młodych foto-przyrodników swoje pierwsze niepowodzenia przypisuje sprzętowi wzdychając, ach... gdybym tak miał Nikona D3X. W pełni to rozumiem, gdyż sam podobnie wzdychałem w stronę takiego cacka jakim niegdyś była Praktica B200. Najwyraźniej ta niegroźna, aczkolwiek bardzo zaraźliwa choroba atakuje każde pokolenie i to bez względu na to, czy się
zobacz powiększenie w galerii
Kruk© Kazimierz Pańszczyk
jest zupełnie młodym adeptem fotografii czy też, jak mawia młodzież, starym zwapniałym zgredem. Z tym, że mimo wszystko młody człowiek częściej daje się zauroczyć nowinkami sprzętowymi. Natomiast stare zgredy (mówię tu o sobie) bardziej pokładają nadzieję w sprawdzonych sposobach niż w gadżetach sprzętowych. Właśnie jednym ze sposobów aby zbliżyć ptaka do fotografa jest stacjonarna czatownia. I od tego w zasadzie należałoby rozpocząć przygodę z ptasią fotografią.

Jak pamiętam, po całym paśmie prób i niepowodzeń postanowiliśmy wreszcie z kolegą zbudować profesjonalną foto-budę. Niestety, nasze architektoniczne cacko zostało już po kilku dniach kompletnie zdewastowane przez nieznanych osobników. Zdecydowaliśmy więc o radykalnej zmianie lokalizacji i ponownej budowie następnej czatowni, tym razem z dala od wszelakich traktów i zabudowań.
zobacz powiększenie w galerii
Sowa uszata© Kazimierz Pańszczyk
Do wybranego na nowo miejsca było dosyć dalekie dojście, ale przynajmniej nikt się tam nie kręcił. Oczywiście, tak nam się tylko wydawało. Okazało się, że po jednym z jesiennych polowań nasz zgrabnie wyglądający foto-szałasik ponownie został zniszczony, tym razem przez goszczącą na łowach brać łowiecką. Być może był to akt odreagowania po nieudanych łowach, a może był to tylko uboczny efekt zbyt częstego zaglądania do myśliwskiej piersiówki? Trudno powiedzieć. Tak czy inaczej, po naszym foto-schroniku została niewielka kupa zmierzwionej słomy i desek. Przyznam, że nigdy nie rozumiałem takiego zachowania. Ale w zaistniałej sytuacji pozostawały nam więc tylko dwie możliwości - zbudować czatownię kolejny już raz lub definitywnie dać sobie spokój. Po kilku dniach wahań zdecydowaliśmy, że jednak spróbujemy. Mimo kompletnego zniszczenia szałasu materiał w postaci desek, złamanej ławeczki i zmierzwionej słomianej maty jeszcze nadawał się do częściowej rekonstrukcji. Tym razem odbudowaliśmy naszą czatownię już bez większej staranności i nakładu pracy. Przyznam, że po skończeniu wyglądała raczej żałośnie, faktycznie z pozostałych resztek wyszła nieforemna buda bez jakiejkolwiek formy, klasy i ducha, byle tylko, jak to się mówi, na łeb nie lało, a wiatr nie przewrócił statywu. Ten żałośnie wyglądający szałas nie dosyć, że ostał się najdłużej, to jeszcze wytrzymał śnieżną nawałnicę, ze dwa wiatry halne i całe pasmo jesiennych słot. Wszystko wskazywało na to, że miejsce jest dobre. A zatem pozostało już tylko wdrożyć regularne nęcenie. W miarę wolnego czasu, przeważnie dwa razy w tygodniu, donosiliśmy świeże mięsne odpady. Niebawem nęciskiem zaczęły interesować się sójki, sroki, kilka kruków, a także i myszołów. Po znikającej karmie można było wywnioskować, że miejsce ma coraz większą rzeszę zwolenników. Pierwszy opad śniegu nie pozostawił już żadnych wątpliwości. Nadszedł wreszcie czas na prawdziwe foto-czaty.

© Kazimierz Pańszczyk
Myszołów zwyczajny© Kazimierz Pańszczyk
zobacz powiększenie w galerii
Pustułka© Kazimierz Pańszczyk


























Pewnej niedzieli, skoro świt, zapakowaliśmy cały ekwipunek, jak przystało na prawdziwą fotograficzną wyprawę. Aparat, kilka filmów, dwa teleobiektywy, mała kuchenka na paliwo turystyczne, ciepłe ubranie, termos, jedzenie, koce i z całym tym majdanem obwieszeni jak juczne konie wyruszyliśmy na pierwszą w tym miejscu zasiadkę. Po kilku godzinach mieliśmy sfotografowane dwie sójki i kilka srok. Wszystko wskazywało na to, że w kolejnych dniach nasze fotograficzne archiwum wzbogaci się o kolejne gatunki. W zasadzie wszystko szło po naszej myśli. No, może poza drobnymi incydentami, jak chociażby takim, że razu pewnego pies towarzyszący biegaczowi przełajowemu ukradł spory kawał naszej cennej wykładki i pocwałował z nim prosto w las. Ale z taką ewentualnością należało się liczyć, równie dobrze mógł to być, na przykład, lis. Mimo tego plany związane z tym miejscem mieliśmy dosyć szerokie. Z czasem poprawiliśmy nieco „scenografię”, wprowadziliśmy kilka usprawnień, małe docieplenie, jednym słowem wszystko wskazywało na to, że niebawem będziemy „kosić”
zobacz powiększenie w galerii
Orlik krzykliwy© Kazimierz Pańszczyk
krukowate, że hej....

Niestety, przy kolejnej dostawie przynęty okazało się że po naszym szałasie zostały już tylko zgliszcza. Buda spłonęła jakieś dwa dni wcześniej. Co prawda nie miałem dowodu, niemniej po śladach i tropach dwóch piesków na śniegu chyliłbym się do twierdzenia, że mimo wszystko tego czynu dopuściła się okoliczna łowiecka „szlachta”.

Nigdy nie darzyłem sympatią myśliwych, ale po tym incydencie poczułem wyraźny niesmak do gości z rurkami na ramieniu. Ogromny żal bo z fotograficznego punktu widzenia zapowiadało się bardzo dobrze. W kolejnych latach, po podobnych incydentach, niemal odstąpiłem od tego typu zdjęć i starałem się wykorzystywać jednorazowo siatkę maskującą, namiot lub też opuszczone pasterskie koliby. Spora ilość zdjęć jakie zrobiłem w późniejszym okresie była również efektem szczęśliwego splotu wydarzeń. Tak zwanych wysiedzianych zdjęć za dużo nie miałem.

Można powiedzieć, że przez szereg lat pozostałem fotografem bez budy, ale bynajmniej nie bez pomysłów...
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif