• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Ponton Email
Autor: Grzegorz Wróblewski   
Grzegorz Wróblewski
zobacz powiększenie w galerii
O świcie tysiące gęsi zrywa się do dalszej wędrówki© Grzegorz Wróblewski
Długo wyczekiwana wiosna wreszcie nieśmiało zaczęła budzić przyrodę do życia. Wraz z nią nastał czas na realizację fotograficznych planów zrodzonych podczas długich zimowych wieczorów. Tym razem moje foto - ptasie poczynania, postanowiłem poświęcić na penetrację nadnoteckich łąk. O tym, że dolina Noteci to korytarz migracyjny dla wielu gatunków ptaków lecących z zachodu na wschód, wiedziałem już od dawna, nadszedł czas, aby przekonać się o tym osobiście. Przejrzenie literatury ornitologicznej tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że zmierzenie się z Notecią tej wiosny to trafny wybór.

Kilka pierwszych wypadów i już zacząłem się co nieco orientować w zawiłym labiryncie dróg i dróżek, którymi poprzecinane są łąki. A nie jest to łatwe – Dolina Środkowej Noteci miejscami ma kilka kilometrów szerokości i można jechać i jechać po dziurach i wybojach, zanim w ogóle dotrze się w pobliże rzeki. No tak, ale tylko w pobliże… Teren, szczególnie wiosną, jest tak podmokły i zdradliwy, że nie ma w ogóle mowy, aby spokojnie sobie stanąć nad wodą, nie licząc oczywiście okolicy mostów. Najczęściej bagna zatrzymują zuchwalców około kilkudziesięciu metrów przed wodą, i dalej ani rusz.
zobacz powiększenie w galerii
Pomimo sprzyjających warunków, rycyki występują tu nielicznie © Grzegorz Wróblewski
Powiadają, że kto szuka, ten znajdzie – w końcu jakąś pokrętną, na wpół zarośniętą dróżką o świcie dotarłem nad wielkie rozlewisko, które wydawało się być blisko rzeki. A na rozlewisku jak w ulu - tysiące gęsi, zbożowe, białoczelne, gęgawy i pewnie jeszcze różne rarytasy nie do rozpoznania w tym tłumie, które co rusz, w mniejszych lub większych stadach, podnosiły się kierując się na wschód. Prosto pod słońce… czasami marzenia się spełniają, trzeba tylko robić zdjęcia. Po godzinie gęsi już nie było, za to na rozlewisku, podświetlonym porannym słońcem, setki brodźców zaczynało swój pierwszy tego dnia posiłek, a na pobliskiej łące odzywały się czajki, sieweczki, rycyki a w powietrzu tokowały bekasy. W tym momencie już wiedziałem, co będę robił w następną niedzielę. Tymczasem zdecydowałem się dotrzeć nad rzekę i - przedzierając się przez zarośla i błoto - w końcu stanąłem nad brzegiem. Właśnie poranne mgły zaczęły podnosić się nad wodą a widok to, o czym wie chyba każdy fotograf przyrody, zaiste przecudny. Nad wodą w szalonym tempie co rusz przelatywały stadka różnych ptaków, z których udało mi się „ustrzelić” między innymi rybitwy czarne. Stojąc tak i lustrując najbliższą okolicę przez lornetkę, spostrzegłem, że na przeciwległym brzegu, wśród sitowia i trzcin, ukryte jest kolejne rozlewisko, znacznie mniejsze, w wyraźnym obniżeniu terenu, a tam… bataliony! Zawsze kojarzyły mi się wyłącznie z Biebrzą, nad którą jeszcze nie byłem, a tu proszę, mam je pod samym nosem. Jednak jak je tam podejść? Oto jest pytanie! Przeciwległe łąki wydawały się jeszcze bardziej niedostępne i podmokłe, żadnych dróg, wyraźnie było widać, że nawet nie były w tym miejscu od dawna koszone. Ciężka sprawa. Cały tydzień głowiłem się, jak tam dotrzeć i nic sensownego nie przyszło mi na myśl. Przecież nie przepłynę rzeki wpław!

zobacz powiększenie w galerii
Łabędzie nieme na zalanych łąkach © Grzegorz Wróblewski
Odpuściłem temat. Następnej niedzieli, tak jak zaplanowałem, zasadziłem się na tym pierwszym rozlewisku, z nadzieją, że może bataliony przelecą na tę stronę rzeki. I tak, siedząc sobie w namiocie, bez opamiętania fotografując łęczaki, które żerowały dookoła mojego ukrycia, nagle usłyszałem jakiś hałas. Z oddali zobaczyłem, jak z samochodu wychodzi facet, ściąga z przyczepki łódkę i już po chwili, tuż za moimi plecami, kanałem melioracyjnym płynął… wędkarz. Pewnie się trochę dziwił, co tu za buda wyrosła w zaroślach, ale mnie chciało się krzyczeć: „Eureka”! Czy to naprawdę takie proste? Wpłynąć kanałem wprost do rzeki? Ależ tak!

Kolejne kilka dni wszystko dokładnie obmyślałem, żeby niczemu nie dać się zaskoczyć. W końcu to wielka wyprawa, na bataliony, przez nieprzebytą (…) Noteć! W piątek po południu zacząłem się pakować. Jako że nie miałem łódki, postanowiłem skorzystać z pontonu, który mój synek dostał na piąte urodziny. No, cudo to to nie było, ale pomyślałem, że chyba jakoś dam radę. Przez dwie godziny próbowałem go upakować do trzech różnych samochodów, w końcu jednak zrezygnowałem i spuściłem powietrze. Aparaty, baterie, karty, buty, siatka, termos – wszystko co potrzeba, było gotowe, kiedy leżąc już w łóżku nastawiałem budzik na 3.30. Wszystko mam? Chyba tak… Wiosła! O kurczę, zapomniałem o wiosłach. I znów do garażu, gdzieś tu przecież były… Są, a właściwie – jest! Drugie złamane, no przecież teraz w nocy nie będę go naprawiał, dam sobie radę z jednym. To tylko jakieś 150 m kanałem i 15 przez rzekę. Bułka z masłem.

zobacz powiększenie w galerii
Kania ruda, choć gniazda zakłada w pobliskim lesie, poluje nad łąkami © Grzegorz Wróblewski
3.30 rano – za oknem ciemno jak w piekle, chyba za wcześnie go ustawiłem. Jeszcze 5 minut… 4.30 – o rany, już świta, zaspałem!!! I wtedy poczułem w duchu, że ta wyprawa się nie uda. Szybka kawa i wyjazd z domu, do przejechania jakieś 35 km, trzeba się spieszyć, bo słońce podnosiło się jak torpeda. Dokumenty! Zostały na stole w kuchni, trzeba się wrócić, nie ma rady. No, teraz to już chyba wszystko. Kiedy zajechałem na miejsce, samochód wędkarza już stał. Pięknie, skubaniec nie zaspał! Szybkie pompowanie pontonu, załadowanie sprzętu i wodowanie w kanale. Zanim wygodnie się rozsiadłem w pontonie, już byłem cały spocony, ale jeszcze tylko kilkanaście minut i będę na miejscu. Wiosło w dłoń i przed siebie!

Po kilku metrach miałem serdecznie dość. Próba płynięcia pontonem za pomocą jednego wiosła jest z góry skazana na niepowodzenie, dzisiaj to wiem i nie polecam nikomu. Ponton wciąż się niekontrolowanie obracał, przekładając wiosło z lewej do prawej i odwrotnie, ochlapałem wodą cały sprzęt leżący między nogami, no i w ogóle nie mogłem ruszyć z miejsca!!! Czułem się totalnie pokonany. Na dodatek w pewnej chwili usłyszałem z oddali jakieś głosy – to dwaj inni wędkarze spacerkiem szli w kierunku rzeki. Czy tu naprawdę nie ma innych dróg?!
zobacz powiększenie w galerii
Gęsi białoczelne na tle tarczy wschodzącego słońca © Grzegorz Wróblewski
Kiedy zrównali się ze mną, jeden z panów, z wyraźnym politowaniem w głosie spytał, czy może mają mnie pociągnąć… Grzecznie podziękowałem, mówiąc, że zaraz ich dogonię. Kiedy jednak zniknęli z horyzontu, po prostu wyszedłem na brzeg i zaprzestałem tej nierównej walki. Wstyd się przyznać, ale tym razem sromotnie przegrałem i to przez jedno, głupie wiosło. A tak naprawdę, to przez własną głupotę. Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia – bataliony wkrótce poleciały dalej (nad Biebrzę zapewne, pod lufy innych fotografów) i nie zrobiłem wymarzonych zdjęć. Nie tracę jednak nadziei – kolejne starcie już za rok, mądrzejszy o tegoroczne przeżycia, tak łatwo się nie poddam. A przebycie rzeki?

Bułka z masłem…


Grzegorz Wróblewski
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif