• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Orlikowe podchody
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Orlikowe podchody Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk
Kazimierz Pańszczyk
Poranna mgła i pajęcze sieci© Kazimierz Pańszczyk
Snujące się poranne mgły i dziesiątki pajęczych sieci rozwieszonych na kolczugach ostów zwiastowały zbliżający się już koniec lata. Wczesnym rankiem, kiedy to słońce zaczyna głaskać polne zioła, plątanina jedwabnych nici bardziej przypomina podarte bandaże niż pajęcze dzieła sztuki. Jednak nie o wrażeniach i estetyce umykającego lata dzisiaj będzie mowa, a o orliku krzykliwym, którego miałem sposobność obserwować pod koniec pamiętnych wakacji 2008 roku.  



Pierwszą wzmiankę o tym wspaniałym ptaku otrzymałem od mojego kolegi z pracy, który rzekomo widział dużego ptaka drapieżnego jeszcze latem za nowotarskim lotniskiem sportowym. Nauczony doświadczeniem o podobnych opowieściach, zignorowałem tę informację zupełnie, ot pewno zobaczył myszołowa i nic więcej, pomyślałem. Jednak jadąc samochodem niecały miesiąc później zauważyłem faktycznie sporej wielkości drapieżnika na wykoszonej łące, mniej więcej 200 metrów od drogi. Zatrzymałem się i przez jakiś czas patrzyłem na niego pod światło, a jak zapewne domyślają się posiadacze „magicznych skrzynek ze szklanym oczkiem", światło w specyficznych warunkach potrafi wykręcić niezłego psikusa.
Kazimierz Pańszczyk
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk
W pierwszej chwili myślałem nawet, że mam do czynienia z orłem przednim, jednak  po chłodnej analizie stwierdziłem, że bez wątpienia zarówno sylwetka jak i zachowanie bezspornie przypominają orlika krzykliwego. Obserwując tego wspaniałego drapieżcę pomyślałem sobie - oj kolego to ty sobie tu bezczelnie polujesz, a ja błądząc od dłuższego już czasu po „pustyni tematycznej", niemal przez pół lata pstrykałem jakieś mało ciekawe krajobrazy. I jak to bywa w takich sytuacjach „przepływ neuronów" w moim mózgu przyspieszył na tyle, że niemal natychmiast zrodziła się myśl sfotografowania tego rzadkiego gościa. Oczywiście, należało wcześniej zrobić rozpoznanie i rozważyć czy jest szansa na dobre zdjęcia. W pierwszym wolnym dniu zrobiłem poranny wypad z lornetką, tym razem jeszcze bez aparatu, w celu dokładnego zlokalizowania ptaka. Pierwsze spotkanie z odległości ok. 70m zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie, miałem na tyle sprzyjające warunki, że ptak polował na łące nieopodal brzozowej kępy drzew. Podchodząc od strony śródpolnych zadrzewień mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Po wyostrzeniu w lornetce ukazał się przepiękny, pokaźnej wielkości ptak drapieżny.
zobacz powiększenie w galerii
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk

Ajajaj (...), ale kolega ładny, pomyślałem. Widać dostojeństwo i powagę mimo, że najwyraźniej ugania się po wilgotnej łące za pasikonikami i jaszczurkami. Właściwie nie tyle ważne jest co się je, ale w jakim towarzystwie się jada! No, ale nie mieszajmy kulinariów z gościem w kasztanowym fraku, którego dane mi było w owym czasie podziwiać. Zagłębiając coraz mocniej wzrok w pryzmacie lornetki widziałem, że mam do czynienia faktycznie z podniebnym arystokratą. Obserwując z bliska tego dostojnika widać niezwykłe jego piękno, dzikość i maestrię. Jakikolwiek ruch niemal natychmiast uwidacznia się wyprostowaną postawą i ten przeszywający dziki wzrok, który niemal w sekundzie jest w stanie przeskanować najbliższą okolicę. Piękny ptak z królewskiego rodu aquilla, rzadkie pochodzenie i nie częsty gość na podhalańskiej ziemi. Jednym słowem - nie ma co odpuszczać, pomyślałem. Trzeba jakimś sposobem zrobić zdjęcia. Ale bez czatowni, z podchodu, będzie to prawie niewykonalne. Chociaż tak naprawdę nie byłem do końca pewien czy ptak jest stałym bywalcem, czy może zawitał na przelotach zaledwie na kilka dni. Jak ma „stały meldunek" to jest jakaś szansa, ale jeśli zawitał gościnnie to tak naprawdę już jutro może go tu nie być.


Obserwację w tym dniu prowadziłem mniej więcej przez jakąś godzinę. Jednak nie miałem ani koncepcji, ani pomysłu jak rozgryźć tego jegomościa. Stały padliniarski podstęp z wykładką, raczej nie wchodził w rachubę. Orlik najczęściej na to nie idzie, a jeśli już, to raczej wczesną wiosną, gdy wróci wyczerpany z Afryki.
zobacz powiększenie w galerii
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk
Natomiast z końcem lata kiedy polne menu pełne jest gryzoni, płazów i owadów, mięsna wykładka najprawdopodobniej go nie zainteresuje. Po kilku dniach obserwacji i wnikliwej analizy pomysł podsunął mi pewien zupełnie nieświadom tego gospodarz. Zauważyłem bowiem jak rankiem starszy, nieco przygarbiony już pan wyprowadza krowy na pastwisko. Co ciekawe, polujący orlik na łące nic sobie z tego nie robił. I to była pierwsza ważna dla mnie wskazówka. Pewnej niedzieli zanim jeszcze krowy zostały wyprowadzone na pastwisko zaszyłem się w jednym z brzozowych zagajników. Plan był owej niedzieli nadzwyczaj prosty; skoro świt rozejrzę się za podgrzybkami zanim jeszcze rolnik wyprowadzi krowy, po czym osobiście dołączę za krowim pochodem i może coś z tego wyjdzie. Co prawda pamiętnej niedzieli w brzozowym zagajniku znalazłem tylko jednego kozaka, niemniej atrakcją tego poranka nie miały być podgrzybki lecz spotkanie z orlikiem krzykliwym. Tymczasem mój bohater pojawił się niemal jak zawsze około godziny 6;00, usiadł na swojej ulubionej jarzębinie i rozglądał się chwilę po okolicy, po czym zleciał na pobliskie pastwiska i rozpoczął polowanie uganiając się za swoimi ofiarami na piechotę. Gdzieś około 7:00 zjawił się i gospodarz z krowami, doprowadził je na miejsce, zabrał jakąś bańkę, po czym ponownie zaczął się oddalać w kierunku zabudowań. Bacznie obserwowałem zachowanie orlika. Ptak, owszem, przyglądał się przybyszom ale o dziwo dystans jaki dzielił gospodarza był nie większy jak 70-80 metrów. Przyznam, że byłem tym faktem mocno zdziwiony. Tym lepiej, pomyślałem, skoro nie boi się człowieka, to bardzo dobrze. Po jakimś czasie gospodarz się oddalił, teraz przyszła kolej na mnie.
Kazimierz Pańszczyk
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk
Hajda aparat ze statywem na ramię i wolnym krokiem zbliżam się do „mojego" łowcy. Mniej więcej przy dystansie 150-170 metrów orlik poderwał się i odleciał. Łudziłem się, że był to tylko przypadek, jak się jednak później okazało nie do końca miałem rację. Postanowiłem podejść z drugiej strony, gdzie ptak odleciał, jednak i tym razem ptak poderwał się już z odległości 200 metrów. Jakoś nie lubi mnie, pomyślałem. Nie zrażając się podjąłem kolejną próbę, ale i tym razem odleciał chyba jeszcze wcześniej. Ten dzień, jeśli chodzi o orlikowe podchody, stał pod znakiem definitywnej porażki.





Podejście drugie.

zobacz powiększenie w galerii
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk
Jak zawsze zjawił się gospodarz z krowami, tym razem w asyście małego pieska. Orlik już na pastwisku jakiś czas polował z tym, że teraz był nieco bliżej niż ostatnio, dlatego też z dużym zaciekawieniem obserwowałem co też będzie się działo. Ptak również i tym razem na widok człowieka z pieskiem nic sobie z tego nie robił. Nie, no to jest już chyba jakiś żart, pomyślałem. Jak to możliwe, że orlik akceptuje tylko człowieka z krowami i nikogo więcej. Najwyraźniej w jakiś sposób, ptak ten musiał obserwując gospodarza nabrać zaufania. Nie miałem innego wyjścia jak tylko podjąć próbę podejścia od strony pasącego się stada. W samochodzie miałem siatkę maskującą i postanowiłem ją wykorzystać. Po przejściu od strony zabudowań, okryty siatką ze sprzętem foto na statywie, powoli zmieszałem się z pasącym się stadem. Tym razem to krowy nie bardzo chciały mnie zaakceptować, ale o dziwo orlik nie wykazywał większego lęku. Wiedziałem, że pośpiech nic tu nie da, tylko cierpliwość i opanowanie może być w tym wypadku moim wielkim sprzymierzeńcem. I faktycznie okazało się, że w tym dniu miałem już nieco więcej szczęścia, co prawda dzielący mnie dystans z orlikiem nie był jeszcze imponujący, ale byłem z tej przygody bardzo zadowolony.
Kazimierz Pańszczyk
Orlik krzykliwy - Aquila pomarina© Kazimierz Pańszczyk
Tym bardziej, że sposób okazał się skuteczny, a zatem rokowania na najbliższe dni były równie obiecujące. Przy czwartym spotkaniu, zbliżyłem się już na odległość ok. 40 metrów. Najwyraźniej ten piękny drapieżca w jakiś tam sposób również i mnie okrytego siatką zaakceptował, być może uznał, że to coś dziwacznego między krowami nie stanowi większego zagrożenia.

Tak czy owak ujęcia jakie zrobiłem u schyłku pamiętnego lata zapewne nie należą do wybitnych, niemniej, mimo feralnego początku, orlikowe podchody zaliczyłbym jednak do udanych. 


Kazimierz Pańszczyk
O autorze


 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif