• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 

Sonda

Czy fotografujesz ptaki?


 

Jaki korpus uważasz za najlepszy do fotografowania ptaków?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Lekcja baletu Email
Autor: Mariusz Pomarski   
Mariusz Pomaski Kilkutygodniowy okres miesięcy wakacyjnych, zwłaszcza ten na przełomie lipca i sierpnia, od dawna, na potrzeby ptasiej fotografii określałem, nieco historycznie, ale i nieco żartobliwie, czasem „Wielkiej Smuty". Liście jeszcze nie żółkną, na zasadniczy przelot ptaków trzeba jeszcze mimo wszystko trochę poczekać, podobnie jak na większe koncentracje  żurawi czy czapli, wszystkie drapieżniki pozostają niezależnymi kowalami własnego losu i samodzielnie kształtują swoje codzienne menu, okres lęgów i karmienia też już dawno za nami, a do tego niektóre gatunki znajdują się w okresie pierzenia, co nie pozostaje bez znaczenia dla ich mobilności a i czasem bardziej skrytego stylu życia, co naturalne.
Nic nie wskazywało na to, ażeby w roku 2010 ten stan rzeczy miał w jakimkolwiek stopniu odbiegać od swego rodzaju standardu. W połowie lata przypada środek wakacji, a to przecież czas kojarzący się nierozerwalnie z wypoczynkiem i chyba też w znacznej mierze na tym się wówczas koncentrowałem.
Przednia soczewka mojego „tele" obrazowała moją aktywność fotograficzną w tym okresie. Powłoka szarego drobnego nalotu, zwanego potocznie kurzem, na przedniej soczewce obiektywu była wyraźnie zauważalna. Najbliższe istotne plany fotograficzne dotyczyły dopiero pierwszych dni września gdy miałem w planach fotografowanie wstępnej fazy rykowiska. Niestety, bardzo wstępnej gdyż obszar, w który mierzyłem w pierwszej kolejności, wymagał zezwolenia i choć otrzymałem je, to jednak tylko na okres bezpośrednio poprzedzający rozpoczęcie polowań. Dopiero druga połowa września miała owocować fotografowaniem rykowiska w jego zenicie i szczytowej kumulacji testosteronu u jeleni. Tak też dograne już były kolejne, liczne plany. Miesiące wakacyjne były więc raczej czasem na zbieranie sił i logistykę przed dopiero czekającymi mnie poważnymi wyzwaniami.

Pewnego dnia, pod koniec lipca, zadzwonił do mnie kolega z informacją, że wybrał się na relaksowy wypad w teren i ku jego zdziwieniu zaobserwował, że na jednym z odwiedzonych stawów znacznie obniżony został poziom wody, co zazwyczaj dzieje się dopiero jesienią. Dla każdej osoby z doświadczeniem foto-przyrodniczym to oczywista i jednoznaczna informacja, że niebawem pojawią się dobre żerowiska dla ptaków brodzących a potem również siewkowatych, w miarę obniżaniu stanu wody na zbiorniku. Tak było i tym razem, najpierw obserwowanych było tylko kilka osobników czapli siwej i białej ale z każdym kolejnym dniem koncentracja powiększała się na skutek coraz to łatwiejszego dostępu do dobrej, łatwej stołówki.
Nasza decyzja była oczywista - trzeba spróbować coś z tego „wyciągnąć". Ale jak zawsze w takim miejscu najbardziej problematyczne stało się znalezienie suchego skrawka terenu, na którym można by zasiąść i uzyskać dobrą perspektywę a jednocześnie, może nawet przede wszystkim, ciekawe lub chociażby akceptowalne tło. Po długim i wyczerpującym rekonesansie, ze względu na wysokie trzcinowiska i dość bagnisty teren zbiornika, koledzy znaleźli takie miejsce.
Teraz zostało już tylko dopełnić formalności, a formalność tę zaplanowaliśmy na najbliższy wówczas weekend, czyli ten na przełomie lipca i sierpnia 2010 r.

Pasja jest pasją i to jest czynnik najbardziej motywujący, lecz perspektywa dnia następnego nie napawała mnie wówczas wielkim optymizmem, przynajmniej w aspekcie trudu, jaki był dopiero do wykonania. Powrót do domu w piątek po pracy późnym popołudniem, przygotowanie wszystkiego co niezbędne do wyjścia w teren i co najgorsze - obliczenia, obliczenia które wskazywały na to, że czas na sen będzie raczej symboliczny. Wschód słońca przypadał wówczas chyba na, mniej więcej, godzinę piątą rano, więc zasiadkę należało rozpocząć już około czwartej. Czyli jeszcze w kompletnych ciemnościach, tak aby dochodząc na miejsce nie wypłoszyć ptaków rozlokowanych na zbiorniku. Skoro do przejechania miałem dobrze ponad 100 km (nocą, więc średnia nie powinna być najgorsza), to i tak trzeba było na podróż zaplanować około 2 godzin uwzględniając jakość dróg dojazdowych, szczególnie tych w ostatniej fazie, a więc łącznie z drogami polnymi. Chłodna i jakże brutalna w skutkach kalkulacja kazała ustawić budzik w telefonie na godzinę 1:30 w nocy. Klamka zapadła.

O godzinie 1:30 dźwięk budzika wydawał mi się tylko snem, na który początkowo nawet nie zareagowałem, najprawdopodobniej dlatego, że mam ustawiony klangor żurawi ;) ale pewnie również dlatego, że mój organizm co do zasady jest przyzwyczajony do zapadania w sen dopiero w okolicach północy i na pewno nie do wstawania raptem półtorej godziny później.
Po trudach poranka i kawie pitej w samochodzie w czasie jazdy docieram na miejsce gdzie czekają już koledzy. Z jednym z nich ruszam w przełajowy marsz przez łąkę, pokrzywy a następnie wysokie trzcinowisko. Drugi z kolegów zostaje w samochodzie czekając na światło i wszechobecne komary i muchy ;) - makromaniak. Jesteśmy wreszcie na miejscu, rozkładamy sprzęt i zaczyna się oczekiwanie. Mijają sekundy, minuty a później również godziny, a przed obiektywem raczej nieciekawie, ptaki co prawda żerują ale w większości w innej części zbiornika, nie na tyle blisko żeby uzyskać dobrej jakości ujęcia. Są to głównie czaple siwe i białe oraz bardzo liczne mewy śmieszki. Jeśli nawet coś udaje się uwiecznić w dobrym, w miarę, kadrze to są to pojedyncze atlasowe ujęcia, takie, które dziś wyznaczają fotograficzne minimum, co najwyżej do pokazania gatunku, nic więcej. Również światło nie rozpieszcza - dzień, który na dobre już się zaczął jest bardzo pochmurny, czasy otwarcia długie i brak perspektyw na lepszy rozwój zdarzeń. Chmury zdają się być coraz ciemniejsze, w końcu słychać pierwszy odległy odgłos grzmotu. Nie tracę jednak nadziei, że może za chwilę jednak coś ciekawego się wydarzy. Niestety, grzmoty są coraz głośniejsze, widać pierwsze błyskawice, zrobiło się jeszcze ciemniej. Koło mnie metalowy statyw, aparat, obiektyw i wszędzie dokoła woda. Głos rozsądku podpowiada, że na dziś pora skończyć. I faktycznie kończymy maszerując szybkim krokiem w stronę samochodu. Przelatujący nad nami stary bielik,  który też chyba zwietrzył szansę łatwych łupów dla siebie tylko potęguje poczucie irytacji. Cóż, czasem tak bywa, a porażki są przecież nieodłącznym elementem życia foto-przyrodnika.
Wracam do domu jakby przepuszczony przez magiel, a jutro - oczywiście to samo, powtórka, gdyż woda szybko opada i za tydzień (najbliższe możliwe wolne dni dla mnie) po tym żerowisku pozostanie już tylko wspomnienie, a po ptakach - resztki pogubionych piór na wysychającym błocie. Zmęczenie powoduje, że już po godz. 20-tej jestem w łóżku (po bardzo zimnym prysznicu - naprawdę polecam, sen przychodzi wówczas jeszcze szybciej).

Znów budzik, znów podróż, znów ten sam schemat i znów nie rewelacyjna, choć już zdecydowanie lepsza prognoza pogody oglądana w telefonie w czasie jazdy. Na miejscu tylko nieco inaczej niż wczoraj. Panują, jak dzień wcześniej, egipskie ciemności jednak nasze ukrycie jakby znacząco dotknięte zostało ludzką ręką. Z trzcin, które maskowały czatownię wiele nie zostało, ale przyczyna jest znana i oczywista, to wiatr, który rozpętał się podczas wczorajszej, przedpołudniowej burzy. Trwa nerwowe domaskowywanie ukrycia, płyną cenne minuty, za chwilę przedświt. Na szczęście udaje się na czas zamaskować „budę" i zasiąść w środku. Zanim światło będzie na tyle dobre żeby pokusić się o naciśniecie spustu migawki minie jeszcze kilkadziesiąt minut, korzystam więc ze sposobności alby przymknąć nieco oko. Po kilkudziesięciu minutach hałaśliwe śmieszki dają znać o swojej licznej obecności.
W oddali pojawiają się pierwsze nieliczne czaple siwe i białe. Jest już po wschodzie słońca ale zupełnie tego nie widać, zbiornik wraz z otoczeniem stanowi ciemny, jednolity krajobraz z lekką mgiełką ścieląca się tuż nad lustrem wody. To powoduje, że tło mocniej, ciekawiej się rozmywa, a jego odcień jest chłodny, niebieski, jakby jeszcze bardziej mroczny.
Zaledwie kilka metrów przed naszym ukryciem mewy znajdują sporą, padłą rybę. Zaczyna się głośny jazgot i nerwowe poruszenie wśród ptaków. Mija dosłownie chwila i na żerowisku pojawia się spora grupa czapli białych i siwych, jakby wezwana na rozkaz. Przypuszczam, że to właśnie zachowanie śmieszek dało im dodatkowy impuls do skontrolowania tego miejsca. Większość czapli z całego zbiornika nagle znalazła się pod budą. Wraca nadzieja i optymizm.
Ptaki zaczynają żerować na płyciznach, jest kilka czapli siwych i kilkanaście białych. Siwe zdają się poruszać jakby mechanicznie, białe zaś stawiają powolne, dostojne kroki pełne gracji, niczym w zwolnionym tempie. Wówczas daje się też obserwować jakże odmienny sposób polowania tych dwóch gatunków. Czaple siwe polując zanurzają błyskawicznie dziób lub głowę w wodzie, podczas gdy białe czają się, wypatrują, a w momencie uderzenia w lustro wody dodatkowo podskakują i machają skrzydłami.
zobacz powiększenie w galerii
Lekcja baletu - Czaple białe - Egretta alba © Mariusz Pomaski
Korpus Nikon D300, obiektyw Nikkor 500mm f/4G ED VR, 1/640s, f/4.5, ISO 400
Z upływem czasu wśród czapli białych daje się zaobserwować rosnące napięcie, zaczynają być wobec siebie agresywne, nieufne, coraz wyraźniej próbując zaznaczyć fragment swojego żerowiska i utrzymać je tylko dla siebie. Są jednak trochę za blisko mnie, większość dynamicznych ujęć kończy się obcięciem jakiegoś elementu. Do tego śmieszki, tuż przed czatownią, wątpliwie (w ujęciu estetycznym) dopełniają pierwszy plan kadrów.
Niemal na wprost obiektywu dwie czaple białe wyraźnie chcą sobie coś powiedzieć, idą w swoim kierunku, zatrzymują się, zaczynają na przemian nieco przysiadać na nogach, a za moment prostują je i jednocześnie rozciągają ku górze swoje szyje jak struny. Tak kilka razy - próbują odstraszyć przeciwnika od swojego kawałka żerowiska.
Nagle jedna z czapli wyskakuje w górę rozkładając najszerzej jak tylko można swoje skrzydła. Wraz z jej nogami podrywa się w górę strumień wody. Druga z czapli przysiada, w akcie obrony podnosi nieznacznie skrzydła do góry i wrzeszczy. Wszystko trwa może sekundę, może nawet nie tyle. W międzyczasie naciskam spust migawki, pada seria 6, może 7 klatek - i już jest po wszystkim. Zdążyłem przekląć w duchu z przekonaniem graniczącym z pewnością, że wszystko znów jest pocięte, działo się to po prostu za blisko. Biorę oddech, czekam aż aparat zapisze zdjęcia na karcie pamięci, wciskam w końcu przycisk podglądu i zaczynam przeglądanie zdjęć jednocześnie kasując od razu jedno po drugim, górna czapla w większym czy mniejszym zakresie nie ma po prostu głowy. Przy ostatnim ujęciu, a więc de facto tym, które powstało jako pierwsze w serii, przychodzi niedowierzanie - zmieściła się, obie czaple są całe a w dodatku poza, w jakiej zastygły ptaki wydaje się być obiecująca. Z duszą na ramieniu powiększam obraz i upewniam się czy zdjęcie jest ostre. Jest! Zamykam na chwilę oczy i uśmiecham się pod nosem. Po tym były kolejne ujęcia, jednak wiedziałem, że to będzie ujęciem tego dnia i nie łatwo będzie je poprawić. Nie pomyliłem się.
Czaple jeszcze jakiś czas polują w tym miejscu od czasu do czasu demonstrując swoją siłę i chwilowe, ale jakże silne przywiązanie do miejsca żerowania. Z racji tych lekkich, dystyngowanych ruchów czapli białych, wspartych barwą ich upierzenia, która dodatkowo nadaje wszystkiemu lekkości, całość wygląda jak balet. Rodzi się wówczas pomysł na tytuł tego zdjęcia, a później i całej diaporamy - „Lekcja baletu", choć w rzeczywistości wszystko to jest tak naprawdę twardą, ale codzienną w ich świecie walką o swoje.

Chętnych do obejrzenia większej ilości zdjęć z tej metaforycznej „Lekcji baletu" zapraszam pod adres: www.pomaski.pl - zakładka: „Galeria" / „Ptaki" / „Czapla biała" lub też do obejrzenia diaporamy pod tym samym tytułem, dostępnej na stronie www.pomaski.pl - zakładka: „Dodatki" / Lekcja baletu.

Dziś wiem, chociażby po tym doświadczeniu, że w fotografii przyrodniczej nic nie jest absolutną regułą, receptą, złotym środkiem. Dlatego, kiedy tylko jest sposobność na wyjście w teren trzeba z tej możliwości korzystać, a liczba podjętych prób fotografowania, godzin spędzonych w terenie, włożonego naszego wysiłku i pomysłowości jest wprost proporcjonalna do efektu końcowego - uzyskania tego jednego ujęcia któremu towarzyszy jakaś interesująca historia...

Mariusz Pomaski
O autorze


Zdjęcie "Lekcja baletu" w konkursie na Fotografa Roku 2011 Związku Polskich Fotografów Przyrody Okręgu Mazowieckiego zdobyło pierwsze miejsce w kategorii Ptaki oraz nagrodę publiczności.
Oprócz tego otrzymało nagrodę specjalną od Beaty Pawlikowskiej w konkursie fotograficznym WWF pt. "Pamiątka, która nie krzywdzi".

 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif